Trasa Rowerowa R10 odcinek Władysławowo – Krynica Morska

Czemu by nie zacząć dnia od wschodu słońca na plaży? Na tej wycieczce to możliwe codziennie!

Statystyki są w jednym bardzo zgodne – nasza relacja z przejazdu rowerowego wzdłuż trasy R10 to jeden z Waszych ulubionych artykułów na blogu. Jesteśmy zarówno dumni z tej wycieczki – wszak ponad 500 kilometrów wzdłuż Bałtyku to nie w kij dmuchał – jak i z bardzo porządnego jej opisania w formie ciekawego przewodnika. Ale jest z nim jeden mały problem… Otóż jest to opis niekompletny :)! Cóż, w to pamiętne lato pokonaliśmy trasę od Świnoujścia po Hel, ale to przecież nie jest pełen polski odcinek trasy R10. Rowerowa R10 biegnie powiem w stronę Rosji, prowadząc wzdłuż Mierzei Wiślanej do granicy z Obwodem Kaliningradzkim.

Na zakończenie rowerowego sezonu 2020 postanowiliśmy więc ,,nadrobić” brakujący odcinek i dokręcić małą brakujący odcinek od Władysławowa do Krynicy Morskiej, a nawet do samej granicy z Mateczką Rassiją. Czy to ciekawa opcja na 2-3 dniowy weekend? Które fragmenty koniecznie musicie przetestować, a które lepiej sobie darować? Zapraszamy do naszej relacji! (stan tras na wrzesień 2020).

Tryskamy energią niczym ten wyżeł- ruszajmy więc w trasę!

Władysławowo czy Wielka Wieś?

Ciekawostką jest, że startując z Władysławowa jesteśmy… na ziemi kaszubskiej. Władysławowo długi czas nazywało się Wielką Wsią i zamieszkiwane było głównie przez Kaszubów. Do dziś możecie zobaczyć napisy w języku kaszubskim na szyldach w mieście. Obecną nazwę miejscowość przejęła od założonego przez króla Władysława IV portu Władysławowo.

Naszą nadmorską wyprawę zaczęliśmy wschodem słońca na władysławowskiej plaży – bo jedną z niekwestionowanych zalet wycieczki pod koniec września było to, że słońce dawało się przywitać o względnie przyzwoitej porze. Niestety w tym rozrachunku zachody wypadają niekorzystnie wcześnie, no ale cóż – przynajmniej wprowadza to do dnia trochę dyscypliny :).

Przejechaliśmy kawałek wzdłuż pustej o tej porze plaży i złapaliśmy ślad na wysokości krzyża z sieciami rybackimi, nieopodal skrzyżowania z drogą na Hel. Psst! Zanim na dobre rozgrzejecie nogi, warto przeczytać jeszcze ciekawą historię wypisaną na tym pomniku.

Hej, przygodo!
Ciekawy krzyż rybacki- koniecznie przeczytajcie jego historię!

Rezerwat Słone Łąki

Następnie ruszyliśmy przed siebie, kierując się w stronę rezerwatu Słone Łąki, który chroni tzw. słonorośla, czyli rośliny przystosowane do życia w mocno zasolonym środowisku. Choć na roślinach nie znamy się na tyle, żeby móc docenić walory przyrodnicze tego miejsca, chętnie podpatrywaliśmy buszujące w okolicy ptaki. Do tego okolica rezerwatu otoczona jest tablicami informacyjnymi o historii tej krainy – np. o ciężkim losie nadmorskich rybaków, o maszoperiach (zespołach rybaków wspólnie prowadzących połów) czy kaszubskich anegdotach. Warto poczytać te tablice. Z kolei podróżującym rodzinnie może przydać się informacja, że obok pomostu znajdziecie spory plac zabaw – w sam raz do wyhasania dzieci wożonych przyczepką :).

Rezerwat Słone Łąki o poranku
A któż to się skrada w trawach?

Trasa w stronę Swarzewa prowadziła bardzo spokojnym asfaltem i kostką. Choć nie mieliśmy poczucia, że już na to zasłużyliśmy, koło przystani w Swarzewie urządziliśmy sobie krótką przerwę. Poranne słońce przepięknie migotało w tafli zatoki, a delikatne fale subtelnie poruszały burtami zacumowanych łódek. Wokół nie działo się nic i jedynie znudzony kocur przyszedł przyjrzeć się dziwnym przybyszom. 

Posiedzieli, podumali i pewnie siedzili by tam do dziś, gdyby jednak tak bardzo nie cisnęła ich zaplanowana na ten dzień trasa, która dalej prowadziła po przyjemnym szutrze z widokiem na wodę. Mogliśmy nie tylko podglądać pasące się nad samym morzem krowy (jakie najodowane będzie takie mleko!), ale również podziwiać niczym niepokojone kormorany.

Chill na Zatoką Pucką

Z wizytą w Pùckò 

Odcinek szlaku rowerowego w kierunku Pucka to solidna rowerowa robota. Tam spotkaliśmy się z Wielką Historią – okazało się, że w 2020 roku wypadła setna rocznica ,,zaślubin Polski z morzem”. Zaślubiny wydarzały się w różnych miejscowościach w ciągu kilku lutowych dni 1920 roku, jednak najważniejsza celebracja miała miejsce właśnie w Pucku. Aby uczcić tę okrągłą rocznicę, jakże miłą w kontekście naszej wycieczki (że też nie wystąpiliśmy do ministerstwa o jakiś okolicznościowy grant!), udaliśmy się jeszcze do Muzeum Ziemi Puckiej aby dokształcić się w tym temacie. Choć wystawa nie była przesadnie duża, znaleźliśmy na niej kilka smaczków – takich jak prasowe wycinki zapowiadające to wielkie wydarzenie czy dokładną historię Błękitnej Armii podanej w formie ciekawego filmu. 

Mocno najodowane musi być takie mleko 🙂

O co chodzi w ,,Zaślubinach Polski z morzem”?

Pamiętacie, jak powstała i skąd wzięła się w historii ,,Zaślubin z morzem”? Błękitna Armia to próba stworzenia polskiego wojska w czasie I wojny światowej za granicą- głównie przy wsparciu francuskim. Składająca się głównie z polskich dezerterów i migrantów siła dorobiła się aż 60 tysięcy rekrutów! Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości udało się tę armię przetransportować do nowo odzyskanego kraju tak, aby mogła wspomóc odradzające się polskie wojsko. Jak na tamte warunki, Błękitna Armia dysponowała niezłym wyposażeniem oraz poziomem treningu, więc wykonywała różne misje- w tym właśnie tę związaną z odzyskiwaniem wybrzeża Bałtyku dla Polski. W muzeum możecie zobaczyć przebieg działań i obejrzeć archiwalne fotografie z ,,finału” tych starań, który dokonał się 10 lutego 1920 roku.

Jeśli interesują Was takie tematy, to do swojej listy miejsc na trasie dodajcie Hallerówkę we Władysławowie- dom, w którym Józef Haller spędzał letnie wakacje. W Pucku warto zajrzeć też do drugiej filii muzeum, mieszczącej się w zabytkowym szpitaliku oraz do smażalni Budziszowa Maszoperia z wielopokoleniową tradycją przyrządzania ryb.  

Sprawdźcie ten adres!

Ale, ale – nie rozgośćcie się w Pucku za bardzo! Wszak zaraz za miastem zaczyna się milusi kawałek infrastruktury rowerowej, który elegancko doprowadził nas do trochę tajemniczego, bo jeszcze nieoznakowanego śladem R10, lasu. Nie mieliśmy przesadnie problemu ze znalezieniem właściwej drogi, choć przyznamy się, że raz czy drugi specjalnie zjechaliśmy z głównego traktu, żeby nacieszyć oczy jesiennym widokiem Bałtyku. Cóż, tak mają ludzie z południa… 🙂

Przerwa na mały relaks ,,na Bali” 🙂
Dzika plaża przed Rzucewem

Tomek wśród Łowców Fok

Jednak ten krótki odcinek leśny też nam się podobał- bowiem w jego zakamarkach czekały niewielkie rekonstrukcje życia w osadzie łowców fok, której centralnym punktem jest wystawa w zabytkowym domu w Rzucewie. Rzuciliśmy więc na bok nasze rumaki i korzystając z wolnego wstępu, rozejrzeliśmy się po niewielkiej ekspozycji. Kim byli owi ,,łowcy fok”? 

To grupy, które zamieszkiwały okolice dzisiejszego Pucka w okresie neolitu, czyli ok 2.5 tys- 1.7 tys. lat p.n.e. Na wysokości Rzucewa znaleziono przedmioty i pozostałości po zabudowaniach, na podstawie których udało się ustalić, że grupy te parały się m.in. polowaniami na foki, morświny i rybołóstwem, ale umiały też obrabiać kamień i bursztyn. Najstarsze znalezisko, pozostałości po przystani, datuje się na 5 tys. lat p.n.e! Podobno to najstarsze ślady osadnictwa w tej południowej części Bałtyku. Archeolodzy mają nawet specjalne określenie, ,,kultura rzucewska”, na artefakty i znaleziska odkrywane w tej części wybrzeża. 

Kim byli Łowcy Fok? Dowiecie się w Rzucewie!
Słońce jest, uśmiech jest!

Czy zastałem Króla Jana? 

Choć wystawę zaliczyć można do tych niedużych, nowe informacje i świeże morskie powietrze pobudziły nie tylko nasz głód wiedzy, ale również ten bardziej fizyczny. Wczesny obiad przyszło nam zjeść w całkiem nietuzinkowym miejscu – w restauracji hotelu Zamek Jan III Sobieski. 

Jeśli chcecie przejść się śladami króla Sobieskiego… Rzucewo nie będzie właściwym adresem! Bo choć miejscowość służyła za siedzibę wielu wspaniałych rodów, m.in. Wejherów (tych od Wejherowa) czy Radziwiłłów, a nawet gościła króla Jana, obecny pałac neogotycki, zwany zamkiem, wzniesiono 200 lat po kampanii wiedeńskiej. 

Rezydencję wybudował ród von Below w I połowie XIX wieku. Dziś pałac służy jako hotel i restauracja – wnętrza urządzone są bardzo ciekawie, naprawdę można wyobrazić sobie w nich wielkopańskie życie… Choć o samej restauracji słyszeliśmy mieszane opinie, nam smakowało, a posiłek zjedzony w pałacowym ogrodzie, w mile grzejących promieniach słońca, pozwolił nam zapomnieć, że oto właśnie kończyło się lato.

Tu poratowaliśmy się lunchem- dziękujemy za przekąskę!

Kocie łby i Rezerwat Przyrody Beka

Lekko rozleniwieni i rozochoceni dotychczasową trasą ruszyliśmy dalej. I tu niestety bolesna prawda – za Rzucewem trasa straciła wiele na swoim uroku, który odzyskała dopiero na wysokości gdyńskiego bulwaru. Wprawdzie aleja lipowa prowadząca do Osłonina, którą według legendy zasadził Jan III Sobieski, zrobiła na nas wrażenie, ale konieczność wymijania koszmarnych dziur w asfalcie nie pozwoliła w pełni się nią nacieszyć. Dużo jeździmy po Polsce i dawno takiej drogi nie widzieliśmy…- liczymy, że może jakiś pomorski decydent nas czytuje i rzuci groszem na lokalną inwestycję ;).

Jeszcze na drogę do rezerwatu Beka moglibyśmy przymknąć oko, choć dobrego skrętu musieliśmy chwilę poszukać, a na płytach betonowych w samym rezerwacie zdrowo nas wytrzęsło. Wiedzieliśmy jednak, że na tym odcinku nie ma co liczyć na luksusy, bo miłośnicy dwóch kółek z Pomorza nie mogą dogadać się z przyrodnikami zarządzającymi rezerwatem. 

Tu morale podnosił widok, choć dość odległy, ptaków gromadzących się wokół oczek wodnych. Perspektywę dopełniały pasące się wolno konie, a hen daleko na horyzoncie kolorowe latawce kitesurferów. Choć koniec września to już cokolwiek ,,po sezonie” dla miłośników podglądania ptaków na Pomorzu, ptasie zbiorowiska były ciągle doskonale widoczne – nawet bez lornetek.

Rezerwat Beka słynie z licznie odwiedzających go ptaków.

Rowerowe wygibasy, czyli najcięższy odcinek trasy

Jednak na ich długie oglądanie nie mieliśmy czasu, planowaliśmy bowiem pokonać przed zmrokiem jeszcze kilkadziesiąt kolejnych kilometrów i dotrzeć na noc do Sobieszewa.

Niestety odcinek między Rewą a Gdynią potrzebuje gruntownej pracy, bo zdecydowanie odstawał poziomem od tego, który wcześniej przejechaliśmy. Szlak właściwie przestał być oznaczony, musieliśmy na czuja przedzierać się przez podtrójmiejskie osiedla, poruszając się po drogach publicznych lub klucząc piaszczystymi laskami. 

Na tym kutrze skończyła się miła przejażdżka i zaczął mało przyjemny odcinek…

Mimo obecnych niedogodności, ten fragment ma potencjał – można zatrzymać się w Mechelinkach i przespacerować tamtejszym molo lub wejść na klif, z którego roztacza się piękna panorama na Zatokę. Przy ładnej pogodzie doskonale widać Półwysep Helski, bez problemu dostrzeżecie też  torpedownię Babie Doły.

Widok z klifu w Mechelinkach

Dodatkowe trudności pojawiły się w północnej Gdyni, w okolicy portu – choć tam częściowo pojawiała się infrastruktura ścieżek rowerowych, generalnie liczba wiaduktów, skrzyżowań i bardzo wąskich przy nich chodników po prostu mocno nas zirytowała i pozbawiła sporej części sił.

Właściwie jedynym miłym przerywnikiem była możliwość spojrzenia na ogromny gdyński port z tak bliska – jednak te potężne statki i ustawione niczym klocki, jeden na drugim, kolorowe kontenery robią wrażenie. Jeśli pomyśleć, że jeden kontener to właściwie załadowany po brzegi TIR, być może z cennym towarem, to tak stojące sobie jak gdyby nigdy nic ,,opakowania” są właściwie blaszanymi skarbonkami, być może o milionowych wartościach. 

Te ciekawe obserwacje nie zmieniają jednak naszego stanowiska – jeśli jedziecie z rodziną lub cenicie sobie komfort, lepiej zrobicie, zaczynając trasę R10 dopiero w Gdyni i stamtąd kierując się w stronę Krynicy. Taki wybór będzie po prostu będzie bardziej komfortowy i bezpieczny. 

Jest port wielki jak świat, co się zwie… Gdynia!

Gdynia – polskie ,,miasto sukcesu” 

Przyznamy się – mamy do Gdyni sentyment. Chociaż czasami odnosimy wrażenie, że z trzech miast Trójmiasta, Gdynia przyciąga najmniej uwagi, bardzo miło wspominamy nasze pobyty w tym mieście i pogłębianie wiedzy o jej niesamowitej międzywojennej historii sukcesu. Dlatego z niejaką ulgą, po przebrnięciu industrialnych miejsc w mieście (można odbić do Muzeum Emigracji), dotarliśmy do nadbrzeża i gdyńskiego deptaka. Miło było zobaczyć miejsce, w którym nasza ostatnia rowerowa wyprawa wzdłuż Bałtyku trasą R10 de facto się skończyła – wtedy z Helu przeprawiliśmy się statkiem na ląd, kończąc wycieczkę na gdyńskim molo. Dziś z pełną odpowiedzialnością możemy polecić kontynuowanie helskiej trasy i połączenie tych dwóch wypraw w jedną dłuższą.

Skoro więc z powrotem dotarliśmy do ,,rowerowej cywilizacji”, mogliśmy gładko sunąć dalej. Jeśli w Trójmieście bywacie rzadko, polecamy zwolnić i nacieszyć się jego ofertą – zajrzeć do Muzeum Gdyni i Muzeum Emigracji, pospacerować po Oksywiu czy spędzić wieczór na jakiejś sztuce w gdyńskim Teatrze Muzycznym. My szczęśliwie mogliśmy zostawić to na ,,następny raz” i skupić się wyłącznie na jeździe. Jeszcze raz zgubiliśmy trasę, ale gdy już złapaliśmy ślad ścieżki rowerowej wzdłuż ul. Władysława IV, reszta poszła gładko. 

Na molo w Sopocie

Osobna ścieżka rowerowa doprowadziła nas do samego Sopotu, gdzie dobrze znanymi nam już trasami, spadliśmy do Parku Północnego i jechaliśmy doskonałą trasą pociągniętą wzdłuż brzegu morza. Znów – jeśli rzadko bywacie w tym mieście, koniecznie przeczytajcie nasz wpis o atrakcjach Sopotu i zatrzymajcie się na jakieś dobre jedzenie w którejś z sopockich gastronomii. Naszym zdaniem każdy znajdzie tu coś miłego- od ryby na plaży przez aromatyczną kawę ,,z dodatkami”.

Wielokrotnie spacerowaliśmy trasą Sopot – Gdańsk Brzeźno, tym dziwniej było dosłownie przemknąć ten odcinek na rowerze. Morze po jednej stronie, piękne sopockie wille i Park Reagana po drugiej stronie – no fajne to Trójmiasto i cześć! 

Sopot- najchętniej zostalibyśmy tu na dłużej.

Gdańsk i piątka z Neptunem

W pewnym momencie musieliśmy jednak pożegnać się z nadbrzeżem, bo ścieżka rowerowa – odseparowana i całkiem nieźle oznaczona – poprowadziła nas ku centrum miasta. Fajnie, że R10 przejeżdża przez najbardziej ikoniczne miejsca w Gdańsku, nigdy nie mamy bowiem dość tych zdobnych gdańskich kamienic, nowej Wyspy Spichrzów nad Motławą czy celującego nie wiadomo w co dokładnie Neptuna na Długim Targu :). 

Kiedy pokonywaliśmy rzekę, wspomnieliśmy naszą rowerową wycieczkę przez Żuławy śladami Mennonitów, która zaczęła się dokładnie w tym samym miejscu. Ile jednak od tego czasu się zmieniło! Wyspa Spichrzów powstała z ruin, zamieniając się w modne i tętniące życiem miejsce, a Podwale Przedmiejskie z dzielnicy drugiej kategorii stało się naturalnym przedłużeniem Długiego Targu. I to wszystko w ciągu zaledwie kilku lat.

Jednak naszym największym zaskoczeniem była świetna ścieżka rowerowa, pozwalająca wygodnie wyjechać z miasta w kierunku wschodnim. Jeszcze przy okazji trasy na Żuławy pamiętamy przedzieranie się przez nieprzyjemną szosę koło rafinerii Lotosu- teraz rafinerię oraz inne dziwne magazyno-przedsiębiorstwa ogląda się z bezpiecznej i mile z oddalonej ścieżki rowerowej. Tym bardziej, że poprowadzić trasę było gdzie – wokół same pola, nieużytki i magzynowe biznesy. Jak na ,,łącznikówkę”- bardzo fajnie. Przy okazji przeczytaliśmy, że podobnych łączników ma być jeszcze więcej, więc wypad na Żuławy już niebawem powinien być naprawdę niezwykle komfortowy. 

Nie przeszkadzało nam już nawet, że do Wyspy Sobieszewskiej dojeżdżaliśmy praktycznie po ciemku – na szczęście jest to profesjonalna trasa odseparowana od ruchu samochodowego, więc czuliśmy się bezpiecznie, a światło z czołówek właściwie wystarczało, żeby dotrzeć do celu. Na chwilę zatrzymaliśmy się spojrzeć na nocną panoramę nad Martwą Wisłą (kto wie, czemu jest ,,martwa”?) i już meldowaliśmy się w naszej umówionej kwaterze. Po prawie 90 kilometrach należała nam się przecież chwila wytchnienia :). 

Wyspa Sobieszewska

Poranek w Sobieszewie zaczęliśmy od… wschodu słońca, rzecz jasna! Oczywiście dużo łatwiej nam zmobilizować się do porannego wstawania, kiedy i słońce wstaje o ,,ludzkiej” porze! Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej na Wyspie Sobieszewskiej nie byliśmy, postanowiliśmy więc choć trochę się po niej rozejrzeć…

Brrrr… Poranki we wrześniu bywają już chłodne

Na Wyspie Sobieszewskiej znajdziecie dwa rezerwaty przyrody – Ptasi Raj i Mewią Łachę. Mogliśmy pozwolić sobie na odwiedzenie tylko jednego z tych miejsc, padło więc na Mewią Łachę. Powód był prosty- mieliśmy nadzieję dostrzec z oddali jakieś wylegujące się na brzegu foki. W Tomku uruchomił się syndrom Wajraka, więc mimo średniej pogody z samego rana penetrowaliśmy rezerwat, wypatrując charakterystycznych kształtów… Z daleka, bo z daleka, ale… udało się!

Zaspokojeni, mogliśmy sunąć dalej. I w sumie ledwośmy się rozpędzili osobną ścieżką rowerową, a już trzeba było zeskakiwać z siodełka- czekała nas przeprawa promowa, o dziwo płatna (weźcie gotówkę! 5 zł od rowerzysty). Chyba Małopolska przyzwyczaiła nas do wszelkiego rodzaju bezpłatnych promów, ale cóż- może przemierzenie samej Królowej Wisły nie może być darmowe ;). 

Tomek szukał fok i… znalazł!
Łachy na Wyspie Sobieszewskiej

Kto zabił Martwą Wisłę?

Zauważyliście, że na mapie ten odcinek rzeki jest taki jakby… dziwnie prosty? Pozwólcie więc, że wrócimy na chwilę do pytania o ,,Martwą Wisłę”- jak się dobrze domyślacie, ten prosty odcinek to efekt przekopania rzeki… Musicie bowiem wiedzieć, że Wyspa Sobieszewska wyspą stała się dopiero niedawno. Najpierw w 1840 roku na wysokości wsi Płonie rzeka Wisła, do tej pory uchodząca w Gdańsku, przedarła się przez pas wybrzeża i utorowała sobie nowe koryto, nazwane Wisłą Śmiałą. Tak teren dzisiejszej wyspy został półwyspem. Do pełnego efektu dołożono się w 1895 roku, kiedy otwarto między Świbnem i Mikoszewem przekop Wisły – miał on zapobiegać powodziom na terenie Żuław. I tak oto powstała Wyspa Sobieszewska, a główne do tej pory koryto Wisły w stronę Gdańska, stało się pobocznym- nazywanym Martwą Wisłą.

Kim jest morderca Martwej Wisły?

Witajcie w rowerowym Eldorado!

Po przekroczeniu rzeki znaleźliśmy się w najmilszej części naszej rowerowej przygody. Mierzeja Wiślana to prawdziwe Eldorado dla każdego cyklisty. Zaraz za przeprawą odbija się bowiem w stronę morza, skąd prawie bez przerw, aż do granicy z Rosją, pociągnięta jest osobna ścieżka rowerowa, z której zjeżdża się bardzo sporadycznie (a i wtedy trasa wiedzie opłotkami nadmorskich miejscowości). Doskonale więc można ominąć ruchliwą w sezonie szosę nr 501 i bez ograniczeń zaciągać się jodowo-leśną mieszanką aromatów. Podobało nam się, że trasa przez las nie została wylana asfaltem lub, co gorsza, wyłożona kostką, a jednak była idealnie ubita i przygotowana pod różne leśne aktywności. 

Nadmorskie lasy to prawdziwe kombo dla płuc- jod i olejki eteryczne

Z drobnymi wyjątkami jedzie się wzdłuż kolejnych nadmorskich miejscowości, mijając kolejne dojścia do plaży – macie więc zarówno mozliwość skręcić w dowolny kawałek plaży, jak i zboczyć do którejś z miejscowości na gofra lub rybkę ;). Dopiero z poziomu siodełka widać, jaką doskonałą formą poruszania się jest rower – kiedy wszyscy tłoczą się na najbliżej położonych miejscowości zejściach na plażę, wystarczy popedałować kwadrans, aby znaleźć takie, z którego nikt nie korzysta. Także przerwa na plaży jest jak najbardziej w zasięgu, a nawet późnym wrześniem bardzo miło jest przynajmniej pomoczyć stopy w Bałtyku.

To ja go tutaj zostawię.

Spokój zmącony

Wzdłuż morza jechało się bardzo przyjemnie, choć ze świadomością, że to jakże spokojne dziś miejsce było świadkiem tragicznych historii – jeśli chcecie się z nimi zmierzyć, warto zajrzeć do Muzeum Obozu Stutthof, w którym życie straciło ok 65 tys. osób. Niemcy mordowali też ludność cywilną w okolicznych lasach, czego świadectwem są mogiły, skryte w lesie nieopodal R10.

Nasz spokój zmącił też projekt przekopu Mierzei Wiślanej, który wydawał się nabierać tempa. Nie rozumiemy tej inicjatywy i przykro nam patrzeć, że polityczna megalomania przegrywa tu ze zdrowym rozsądkiem oraz bilansem zysków oraz strat… Nie zdziwcie się więc gdy nagle przyjemna rowerowa trasa się utnie i poprowadzi Was objazdem przy samochodowej szosie, przez sam środek budowy… To co prawda jedynie krótki odcinek, ale uważajcie tam…

Nadmorskie lasy kryją też smutne historie…

Ale jednak… chwilo trwaj!

Poza takimi epizodami, mierzejski odcinek jest doskonały, a świetnie oznaczenie trasy i tablice odliczające kilometry do najbliższych miejscowości pozwalają na schowanie mapy do sakwy i po prostu cieszenie się chwilą. Jeśli komuś nadmorski las się ,,nuży” – chyba będziecie się na tej trasie męczyć ;). My do takiej grupy się jednak nie zaliczamy i całą trasę jechaliśmy na haju – świadomość, że właśnie w tak spektakularny sposób możemy zakończyć sezon letni i przywitać jesień dodawała nam prawdziwego kopa!

I gdy myśleliśmy, że jest doskonale, zbliżyliśmy się do Krynicy Morskiej, gdzie ścieżka wyszła z lasu i poprowadziła nas niezwykle malowniczym odcinkiem z widokiem na plażę. Czy może być ,,dokonalej”…? Przyznamy się bez bicia- przejechaliśmy ten odcinek kilka razy, w te i wewte, tak nam się spodobał… Dalej też było świetnie, bo ze skarpy dość regularnie dało się dostrzec taflę morza, a zwieńczeniem tego okazał się wyjazd na bulwary spacerowe w Krynicy Morskiej. Porządnie zrobiony kawał infrastruktury, który pomieścił zarówno (licznych nawet jak na wrzesień) rowerzystów oraz spacerowiczów, a do tego po prostu porządnie wyglądał. Poruszając się rowerami po Krynicy, staraliśmy się trzymać tej osi- pozostałe drogi w miejscowości nie są jakoś przesadnie przystosowane do ruchu rowerowego. 

Jest szał!

W Krynicy nasze pierwsze kroki skierowaliśmy ku gastronomii, czując już porządny głód, jednak zaraz potem szybko podjechaliśmy do krynickiej latarni – to ostatnia, której brakowało nam do kolekcji wszystkich polskich latarni :). Szlak Latarni Morskich przejechaliśmy i polecamy ciekawym takich obiektów. Niby z każdej widok podobny, ale jednak miła jest świadomość tego, że widzieliśmy już każdą :).

Tak pustych plaż nad Bałtykiem dawno nie widzieliśmy…

Tuż przy latarni znajduje się miejsce pamięci i ciekawostka historyczna – cmentarz żołnierzy radzieckich i pomnik radzieckiego żołnierza. Miejsce to upamiętnia żołnierzy poległych w ciężkich walkach o Krynicę Morską i Mierzeję Wiślaną. Interesujące jest, że podczas walk o Berlin, na Mierzei Wiślanej wciąż stacjonowały wojska niemieckie stawiające opór Armii Czerwonej. Krynica Morska zdobyta została dopiero 3 maja 1945, a walki na terenie Mierzei i Żuław trwały do końca wojny.

Do ziemi niczyjej 

Na sam koniec, żeby zwieńczyć ten piękny wypad, podjechaliśmy do granicy z rosyjskim Obwodem Kaliningradzkim – do najpierwszego ze wszystkich wschodnich ,,wejść” na plażę. Chwila na pamiątkowe zdjęcie i można było na spokojnie wracać do Krynicy Morskiej uczcić tę piękną okazję wyśmienitą kolacją. Krynickie bulwary zachęcają do spacerów, kiedyś więc może wrócimy tam ,,na spokojnie”. 

Granica kraju. Dalej już nie ma nic!

Następnego dnia, po odespaniu tych wrażeń, wróciliśmy po naszym śladzie do samej Wisły. 

Choć zazwyczaj nie lubimy jeździć po ,,znów tą samą drogą”, tym razem naprawdę chętnie powtórzyliśmy ten nadmorski odcinek. Jednak trochę dla odmiany, po przekroczeniu Wisły, obraliśmy kierunek na Tczew, testując gotowe fragmenty Wiślanej Trasy Rowerowej. Tu jeszcze różnie bywa z jakością nawierzchni, ale ukończone już elementy gładkiego asfaltu na wiślanych wałach dobrze rokują na kolejne sezony.  Ale o tym może już innym razem…

Skoro w jedną stronę jechaliśmy lasem, w drugą spróbowaliśmy naszych sił plażą- dało się!
I to w jakim towarzystwie!
Ech, to był dobry wypad!

Trasa Władysławowo – Krynica praktycznie

Dla kogo jest trasa R10 od Gdańska do Krynicy?

Skupimy się na tym odcinku naszej trasy, bo tak naprawdę najsensowniej jest przejechać się od Gdańska do samej Krynicy Morskiej (lub granicy z Rosją). Trasa wzdłuż Mierzei to prawdopodobnie jedna z bezpieczniejszych propozycji, jaką można znaleźć w woj. pomorskim. Spokojnie zaprosilibyśmy na nią rodziny z dziećmi i mniej wprawionych rowerzystów- płaska, dobrze oznaczona trasa nie powinna nastręczać trudności, a odseparowanie od ruchu (poza pojedynczymi i raczej niegroźnymi fragmentami) pozwala cieszyć się przyjemnością z bezpiecznej jazdy.

Oczywiście odcinek R10 od Władysława też zapewnił nam moc wrażeń i świetnie się bawiliśmy, ale trzeba mieć na uwadze niedogodności, o których pisaliśmy w tekście.

Nasza trasa zajęła łącznie 240 kilometrów. Podzieliliśmy ją na 3 dni:

dzień 1: (pociąg) Władysławowo- Wyspa Sobieszewska

dzień 2: Wyspa Sobieszewska-Krynica Morska

dzień 3: Krynica Morska-Tczew (pociąg)

GPS z trasy Władysławowo-Krynica Morska

Pracujemy nad śladem GPS, będzie przed sezonem rowerowym!

Polecamy tę trasę szczególnie początkującym i rodzinom z dziećmi- dacie radę!

Gdzie spać na trasie?

Na trasie znajdziemy wiele miejscowości letniskowych, tak więc znalezienie noclegu nie powinno być problemem – chyba że w ścisłym sezonie, kiedy rowerzysta na ,,jedną noc” może nie być aż tak łakomym kąskiem. My we wrześniu mogliśmy przebierać w ofertach i nie spotkaliśmy się z problemem ,,przenocowania” rowerów. 

Ze względu na wygodę i elastyczność szukamy na Bookingu i jeśli Ty też korzystasz z tego portalu,  proszę zarezerwuj swój nocleg przez ten link – zapłacisz standardową cenę, za to Booking podzieli się z nami swoją prowizją. To ważne wsparcie dla naszego bloga, więc będziemy wdzięczni, jeśli okażecie nam w ten sposób odrobinę sympatii :).

Ani jednego parawanu…

Jak się przygotować na trasę Władysławowo-Krynica?

Wystarczy dużo energii, sprawny rower (wcale nie musi być wypasiony) i pamięć w telefonie, bo zdjęcia będziecie cykać nonstop :). Trasa R10 na tym odcinku jest naprawdę prosta, warto jedynie zastanowić się, w jakim tempie chcecie ją przejechać- dzieląc odpowiednio ten fragment na 2,3,4 lub 5 dni. 

Polecamy też nasz tekst o tym, jak przygotować się do rowerowej wycieczki.

Relacja z trasy R10 wzdłuż Bałtyku od Świnoujścia do Helu.

I na koniec nasz autorskie zestawienie ciekawych tras rowerowych w Polsce.

Nad morzem czas płynie inaczej…

4 komentarze do “Trasa Rowerowa R10 odcinek Władysławowo – Krynica Morska”

Dodaj komentarz