Morza szum, ptaków śpiew, rower z sakwą pośród drzew…

Tak mniej więcej wyobrażaliśmy sobie wycieczkę wzdłuż wybrzeża Bałtyku, o której marzyliśmy już dobrych kilka lat. Najpierw nabraliśmy wprawy w wycieczkach rowerowych [LINK], potem okazało się, że plany zawodowe nie pozwoliły na dodatkowy urlop, ba, nawet w tym roku długo pozostawało niepewnym, czy aby ten śmiały pomysł uda się zrealizować. Jednak w pewnym momencie stwierdziliśmy, że musimy to zrobić TERAZ i tak padło na ostatni tydzień sierpnia. Dzięki temu, że sezon powoli dobiegał już końca, nie tylko łatwiej było znaleźć nocleg na jedną noc, ale przede wszystkim udało się uniknąć tłumów wczasowiczów. I chyba dzięki temu nasza relacja z Bałtykiem mogła być bardziej ,,intymna” ;).

Oś naszej wycieczki stanowiła trasa rowerowa R10, jednak nie trzymaliśmy się jej cały czas – szczególnie w miejscach, w których odchodziła od morza. Przed wyjazdem czytaliśmy sporo opinii ludzi, którzy narzekali na R10, pisząc, że momentami prowadzi dziwnymi drogami, właściwie nie wiedzie przy morzu i jest męcząca dla rowerzystów z sakwami. Sprawdziliśmy, porównaliśmy i o tym, czy warto wybrać R10, piszemy na końcu artykułu.

Tak wyglądała nasza trasa w praktyce: 480 kilometrów (a z gubieniem się pewnie nawet i więcej :P) przejechanych właściwie w 6 dni i kilka dodatkowych na zwiedzanie. Można szybciej, nie oglądając, można wolniej, zatrzymując się na każdej dzikiej plaży. Z racji tego, że jednak większość trasy jest utwardzona, da się jechać zdrowym tempem. Warto tylko wziąć poprawkę na leśne i bagienne rejony, które niekiedy pokonywaliśmy w żółwim tempie.

 

Spis treści

Palcem po piasku...

Dzień 1: Świnoujście – Międzyzdroje: 27km

 

Jedziemy nad morze! Pociągiem!

Czy wiecie, że… najdłuższe połączenie kolejowe w kraju to trasa Przemyśl-Świnoujście, której pokonanie (ponad 1000 km), wraz z 39 postojami, zajmuje ponad 14 godzin? Tak, tak, dobrze kombinujecie – właśnie tę relację wybraliśmy, choć raptem ,,tylko” z Krakowa. Kiedy więc nasz pociąg w końcu wtoczył się na nadmorski peron, byliśmy po prawie 12 godzinach podróży… O przewożeniu rowerów pociągami można by pisać długo i namiętnie, dość na tym, że w sumie był to jedyny sposób aby z jednośladami dostać się pod niemiecką granicę. Już przy wysiadaniu poczuliśmy charakterystyczny zapach morza w powietrzu, nie myśleliśmy jednak, że nasz ,,kontakt” z wodą zacznie się tak szybko. A w sumie to przecież centrum Świnoujścia leży na Wyspie Uznam i dlatego już z samego dworca kolejowego przyszło nam przeprawić się na drugą stronę Świny. P.S. O wrażeniach i atrakcjach samego Świnoujścia napiszemy osobno!

Na wschód wzdłuż Bałtyku!. Tam musi być jakaś cywilizacja!

Podjechaliśmy do niemieckiej granicy aby w tym symbolicznym miejscu zacząć naszą wyprawę i ,,oficjalnie” wyruszyć na wschód. Tam przecież ,,musi być jakaś cywilizacja” ;). Ewentualny jej brak w sumie by nam też nie przeszkadzał… Zanim opuściliśmy Świnoujście, zahaczyliśmy jeszcze m.in. o pierwszą na naszej trasie latarnię morską- pierwszą i jednocześnie najwyższą ze wszystkich 15 nadbałtyckich. Latarniom Bałtyku poświęcimy zresztą osobny wpis [JUŻ NIEBAWEM].

Świnoujście- przygodę zacząć czas!
Niemiecko-polska granica: kiedyś pełna zasieków, dziś idealny teren do rekreacji. Zaczynamy!

Chrzest morski

Już przy latarni złapaliśmy zieloną trasę rowerową R10,  oznaczenie międzynarodowego szlaku prowadzącego wzdłuż całego wybrzeża Bałtyku (łączna długość to aż 8539 km!). Niestety już na wstępie dane nam było posmakować zmiennej nadmorskiej pogody (która jednak przez cały wyjazd nie była znów taka najgorsza)- ledwie odjechaliśmy od latarni morskiej i niczym ze słów znanej szanty ,,z zasłony ołowianych chmur ulewa spadła nagle”. ,,Żagli” nam szczęśliwie fala nie zmiotła, ale leśna piaszczysta trasa zamieniła się w błoto, które po kilku kilometrach mieliśmy właściwie wszędzie… Potraktowaliśmy to jako ,,chrzest morski” i wytrwale, choć trochę ślamazarnie, dążyliśmy do celu- pobliskich Międzyzdrojów. Oczywiście gdy tylko ściana lasu zaczęła się przerzedzać, a na horyzoncie pojawiły się pierwsze budynki… deszcz przestał padać. Dzięki temu kilka kilometrów przez Międzyzdrojami mogliśmy napawać się widokiem zupełnie pustej plaży, nad którą przez już te przyjazne, białe kłębki chmur, powoli prześwitywało słońce. Na spokojnie dojechaliśmy do bazy i udaliśmy się na malowniczy zachód słońca, zgodnie przyznając, że chyba zaczyna nam się jakaś naprawdę fajna wycieczka… 🙂

Na pusty kadr przyszło trochę poczekać...

Międzyzdroje- Gwiazdorski kurort

Międzyzdroje znane są głównie z mola, Alei Gwiazd i pomników znanych artystów, którzy chętnie przyjeżdżali do miejscowości odpocząć. Na nas niestety to miejsce piorunującego wrażenia nie zrobiło- było tłoczne, kolorowe i jarmarczne, ale trzeba przyznać że długo tu nie gościliśmy, więc może kiedyś po sezonie warto by dać Międzyzdrojom szansę. Niestety w ciągu sezonu trzeba liczyć się z zatłoczonymi plażami… Kto ma ochotę na romantyczny spacer, może przejść się po molo, z którego również regularnie odpływają wycieczkowce do Świnoujścia, Kołobrzegu i Niemiec. Wieczorem polecamy pospacerować po parku, szczególnie jeśli właśnie w parkowej Piano Cafe odbywa się gościnny koncert, a delikatne brzmienie pianina roznosi się po okolicy…

Bywa i tak: deszczowy przejazd na ,,dobre" rozpoczęcie przygody...
Po każdym deszczu wyjdzie słonce!
Aleja Gwiazd w Międzyzdrojach
Kutry na zdjęciach zawsze wychodzą malowniczo 🙂
Poranne morskie fale

Dzień 2: Międzyzdroje-Kołobrzeg

 

Prastare grodzisko i II wojna światowa

 

Poranek zaczęliśmy od spokojnego spaceru wzdłuż plaży aż do punktu widokowego na Kawczej Górze i najbliższego z miejscowości z Międzyzdrojów wejścia do Wolińskiego Parku Narodowego. Wdrapaliśmy się na chwilę na ten znany klif aby z góry spojrzeć na pustą o poranku plażę. Przy dobrej widoczności widać z platformy nawet niemieckie porty, a przy każdej widoczności ;)-  niekończącą się toń Bałtyku. To jeden z kilku punktów widokowych zaznaczonych na naszej mapie- do następnego zaczęliśmy pedałować tuż po śniadaniu. Celem był Lubin, z tarasem widokowym na miejscu dawnego grodziska. Po drodze minęliśmy jeszcze pozostałości niemieckiej wyrzutni testowej rakiet (Tomek nie mógł odmówić sobie szybkiej fotki) i już po kilku kilometrach meldowaliśmy się u celu. Jeśli tylko możecie, koniecznie zajrzyjcie do tej niepozornej miejscowości! Po pierwsze ze względu na historię grodziska, które wzniesiono tu w X-XI wieku. To właśnie tu odkryto najstarsze relikty kościoła na Pomorzu! Podczas prac archeologicznych udało się również trafić na skarb z 951 z setkami arabskich monet… Po drugie z miejsca rozciąga się fantastyczny widok na Zalew Szczeciński i jezioro Wicko Wielkie, który można podziwiać, popijając kawkę w niewielkiej kawiarni. Widok był tym bardziej ciekawy, że przed nami rozciągało się 41 wysp, które są ulubionym miejscem bytowania wielu gatunków ptaków.

To tu produkowano elementy do słynnej V3
Kawka z widokiem na Zalew Szczeciński
Widok na wyspy w Wolińskim Parku Narodowym
Widok na wyspy Wolińskiego Parku Narodowego

Zaraz za Lubinem przeskoczyliśmy na szlak pieszy aby udać się do punktu widokowego na Wzgórzu Zielonka, który oferuje panoramę na okolicę (co prawda przydałaby się jakaś wieża widokowa, gdyż roślinność sporo zasłania…). Kolejne na szlaku było Turkusowe Jeziorko, na które najlepszy widok roztacza się z Piaskowej Góry. Do jeziorka doprowadziła nas droga przez las i choć trasa jest zdecydowanie piesza, niektóre fragmenty byliśmy w stanie pokonać na dwóch kółkach. Jeziorko podziwialiśmy ze wspomnianego wzgórza, dzięki czemu doskonale widzieliśmy turkusowy odcień wody. I może nie był to widok równie spektakularny, co Kolorowe Jeziorka w dolnośląskim czy  krakowski Zakrzówek, turkusowa woda w prześwicie drzew prezentowała się całkiem ładnie.

Prawdziwie turkusowa woda!
Woliński Park Narodowy idealnie nadaje się na rowerowe eksploracje

W Wolińskim Park Narodowym: morze, jeziora i lasy

Następnie leśnymi drogami jechaliśmy niespiesznie Wolińskim Parkiem Narodowym, ciesząc się pierwszymi ,,porządnymi” nadmorskimi kilometrami. Woliński Park Narodowy został założony w 1960 roku jako pierwszy morski park narodowy w Polsce. Chroni nie tylko przyrodę wzniesień moreny czołowej, ale również wspomniane wysepki na delcie Świny i polodowcowe jeziorka, jak to w Wisełce- do której właśnie dopedałowaliśmy.

Wisełka jest swoją drogą miejscem dość ciekawym, bo położonym zarówno nad małym jeziorkiem, idealnym miejscem do uprawiania sportów wodnych, jak i w bliskości morza. Jednak w to miejsce bardziej niż urocze jeziorko przyciągała nas kolejna latarnia morska do obejrzenia, o dość zabawnej nazwie ,,Kikut”. Po paru kilometrach wyboistej, lesistej drogi, zmuszeni byliśmy zaparkować rowery przed wzgórzem, na którym wznosi się latarnia, i udać się do niej pieszo. Niestety Kikut, latarnia w pełni zautomatyzowana, nie jest udostępniana do zwiedzenia, więc nie pozostało nam nic innego jak zrobić kilka pamiątkowych zdjęciach i wrócić na trasę. Z perspektywy całej, pokonanej trasy możemy powiedzieć, że była to najciężej dostępna ze wszystkich latarni na trasie, więc nie zdziwiło nas, że zdecydowano się ją zautomatyzować- komu by się tyle chciało chodzić do pracy ;).

I tak by tylko jechać i jechać...

Trzęsacz: ruiny kościoła na plaży

Czas powoli zaczynał nas naglić, a nocleg oczekiwał dopiero w Kołobrzegu, więc czym prędzej przesiedliśmy się na asfalt, którym pomknęliśmy do Międzywodzia i Dziwnowa. Choć po drodze zajrzeliśmy jeszcze na plażę, szybko okazało się jasne, że jeśli nie wrzucimy na ,,szybszy bieg”, możemy nie dojechać przed nocą do Kołobrzegu. Dlatego zamiast rowerowego szlaku R10 wybraliśmy szybszą opcję asfaltu- szczęśliwie ruch odbywał się właściwie wyłącznie w przeciwnym kierunku, bo turyści wyjeżdżali już z nad morza. Od Łukęcina jechaliśmy świeżo przygotowaną niezwykle szeroką asfaltówką- mamy nadzieję, że zmieści się tam również wymalowana osobno ścieżka rowerowa! ,,Cisnęliśmy” tak aż do Trzęsacza, w którym zatrzymaliśmy się przy ciekawych ruinach zniszczonego przez morze kościoła.

To ruiny XV-wiecznego kościoła, który wzniesiono 2 kilometry od morza- była to podobno jedna z najokazalszych świątyń w okolicy. Linia brzegowa ulegała jednak zmianie, a morze stopniowo podmywało klif, na którym osadzono budynek. W 1874 odbyło się ostatnie nabożeństwo, a w 1900 zapadła się spora część świątyni… Dziś ostatnia ściana kościoła przypomina o sile morskiego żywiołu…

W stronę Rewala i Niechorza mogliśmy cieszyć się już porządnymi ścieżkami rowerowymi – z resztą złapaliśmy z powrotem trasę R10 i już trochę spokojniej, z zapasem ,,nabitych” kilometrów, pedałowaliśmy do latarni w miejscowości Niechorze.

Pięknie i nawet całkiem pusto....
Ruiny kościoła w Trzęsaczu przypominają o niszczycielskiej sile morskiego żywiołu...

W domku latarnika

Latarania w Niechorze to chyba najpiękniejsza z latarni, które spotkaliśmy w trakcie całej wycieczki- z resztą przyznajcie sami, że wraz z domkiem latarnika i małym ogródkiem robi bardzo miłe wrażenie. Żwawo wdrapaliśmy się na jej szczyt, skąd roztacza się piękny widok na wybrzeże Bałtyku. Przy okazji trochę przeraziła nas odległość, która pozostała nam jeszcze do Kołobrzegu…

Niestety trochę za szybko pochwaliliśmy rowerowe trasy w tej okolicy- kiedy szlak wywiódł nas za Pogorzelicą na wyłożoną kocimi łbami trasę prowadzącą wzdłuż terenów jednostki wojskowej.Przeklinaliśmy tych, którzy wymyślili taki rodzaj nawierzchni, ale pewnie dla wojskowych pojazdów gąsienicowych jest jak znalazł 😉 Rekompensatą trudu był pyszny widok z właściwie pustej plaży z punktu widokowego Pogorzelica-Mrzeżyno. Chętnie przenocowalibyśmy kiedyś na takiej pustej, nietkniętej stopą człowieka piaszczystej plaży… Niestety, musieliśmy dokręcić parę dodatkowych kilometrów by objechać bazę wojskową w Mrzeżynie, która nie była uwzględniona na naszej papierowej mapie ani w Google Maps, ale za to świetnie widać ją w Open Street Maps.

Totalnie dzika plaża. Pustka zupełna.
Latarnia w miejscowości Niechorze wygląda niczym z klocków Lego 🙂

Po ciemku do Kołobrzegu

Robiło się coraz później, a dodatkowo po drodze złapał nas deszcz, wymuszając przerwę techniczną na przebranie się i zabezpieczenie sakw… Małą rekompensatą była piękna podwójna tęcza, w której stronę coraz szybciej pedałowaliśmy. Zmiany pogody zaowocowały również krwistym zachodem słońca w porcie w Dźwirzynie. Jednak z każdym kwadransem robiło się coraz ciemniej i powoli zaczynaliśmy liczyć się z tym, że nie uda nam się dotrzeć do Kołobrzegu… Nagle jednak pojawiła się pozytywna niespodzianka: szlak pokierował nas na idealnie przygotowaną ścieżkę rowerową, poprowadzoną wzdłuż Bałtyku, w tunelu drzew, z odseparowaniem od samochodów i… z oświetleniem! To właściwie nas uratowało! Takiej doskonałej infrastruktury mogłoby Kołobrzegowi pozazdrościć niejedno miasto! Później okazało się, że była to ledwie przystawka do tego, co spotkaliśmy następnego dnia…

Dla takich widoczków warto wyruszyć w trasę!

Dzień 3: Kołobrzeg- Darłówko

 

Kołobrzeg – Miasto okaleczone przez wojnę

Poranek poświęciliśmy na poznawanie Kołobrzegu, ważnego zachodniopomorskiego portu. Niestety miasto bardzo ucierpiało na skutek działań wojennych (mówi się, że zostało zniszczone w 95%!) i bezpowrotnie straciło swój historyczny charakter. Stare Miasto próbowano odbudować w nawiązaniu do historycznych brył, ale gołym okiem widać, że to współczesne budowle. Spacerując po centrum, natrafiliśmy na dwa ciekawe gotyckie obiekty: na końcu ulicy Gierczak znajduje się kamienica mieszczańska, a przy ul. Duboi baszta lontowa. Uwagę przykuwa też bryłą neogotyckiego ratusza, który zajmuje centralną pozycję w centrum miasta. Aha, zwróćcie uwagę na nietypową rzeźbę ,,współczesnej turystyki”- w sumie dość realistyczna, prawda?

Ratusz w Kołobrzegu.
Wnętrze kołobrzeskiej świątynii

Warto też zajrzeć do kołobrzeskiej bazyliki konkatedralnej. Kościół stał w tym miejscu od XIV wieku, początkowo będąc świątynią katolicką, a potem ewangelicką. Był jednym z najważniejszych punktów w mieście, niestety, w 1945 roku, również punktem obrony. Po wojnie początkowo nie planowano go odbudowywać, a w zamyśle miał on pozostać ,,trwałą ruiną”, przypominającą o wojennych doświadczeniach. W wieży katedry ulokowano nawet… muzeum wojskowe. Jednak w latach 60-tych zdecydowano przywrócić miejscu sakralny charakter i odbudować z ruin. Wizyta w katedrze wywołała w nas dużo emocji- z jednej strony potężna bryła oparta na masywnych kolumnach robi wrażenie nawet na współczesnych, z drugiej zaś widać, jak niewiele zachowało się z oryginalnego, niezwykle bogatego wnętrza. Pojedynczy masywny żeliwny kandelabr, bogato zdobione stele czy zachowany fragment ściennego malowidła dają jedynie mgliste wyobrażenie o tym, jak pięknie musiało kiedyś być w środku świątyni.

Po spacerze w centrum miasta, udaliśmy się jeszcze do kołobrzeskiego portu i dalej w stronę latarni. Okolice kołobrzeskiego molo ostatnio poddano renowacji, a miły deptak w sam raz nadał się na niespieszny spacer.

Widok z molo w Kołobrzegu.
A może rejs statkiem wojennym? Jedyna szansa w Kołobrzegu!

Rowerowa ścieżka wzdłuż Bałtyku ścieżką roku?

Nim się zorientowaliśmy, dochodziło południe, czas więc już było jednak złapać szlak rowerowy R10 i kierować się, naturalnie, na wschód. Już poprzedniego dnia zachwycaliśmy się ścieżką rowerową do Kołobrzegu, jednak ta ,,od” miasta zaskoczyła nas jeszcze bardziej – pod względem atrakcyjności idzie ,,łeb w łeb” z trasami Szlaku Wokół Tatr [LINK]. Przepiękną rowerową ścieżkę poprowadzono najpierw przez park zdrojowy a potem właściwie ciągle wzdłuż morza, z niesamowitymi widokami na spokojną wodę Bałtyku, jechaliśmy półtorej godziny- głównie dlatego, że co chwilę zatrzymywaliśmy się robić zdjęcia :). Gdyby taki standard udało się utrzymać na całej długości R10, byłby to absolutny rowerowy hit! Co ciekawe, nasi czytelnicy donieśli nam, że to raptem tegoroczna inwestycja rowerowa- trzymamy kciuki za więcej podobnych inicjatyw! Tą  piękną ścieżką dojechaliśmy aż do Ustronia Morskiego, dalej szlak przeszedł w leśną drogę. Jeszcze tylko malownicze ujście rzeczki Czerwona i o to dotarliśmy do latarni w Gąskach.

Trasa R10 koło Kołobrzegu, prowadząca nad samym morzem, cieszyła się sporym zainteresowaniem rowerzystów.

Latarnia morska w Gąskach

Ku naszemu rozczarowaniu, latarnia okazała się zamknięta ze względu na… przerwę obiadową (13-15, pamiętajcie!). A szkoda, bo w sumie wizyta w Gąskach miała być jeden z ciekawszych punktów tego etapu. Cóż, trzeba było obejść się ze smakiem i nacisnąć na pedał, jadąc przez las w stronę Mielna.

,,Na nartach wodnych w Mielnie- kochaj mnie!”- śpiewał w swoim czasie zespół Brathanki, nas jednak Mielno w sobie nie rozkochało. Czuliśmy się przytłoczeni liczbą ludzi i wszelkiego rodzaju gastrobarów, a na dodatek znów zaczął kropić deszcz. Mając więc do wyboru trasę po plaży do Łaz, o której słyszeliśmy, że może wymagać pchania roweru (a z sakwami to raczej na pewno), objazd jeziora Bukowo, wybraliśmy bezpieczną ,,bramkę numer 2”.

Latarnia w Gąskach

Mistrzostwa świata w ścieżkach rowerowych 😉

Był to strzał w dziesiątkę, bo właściwie od Mielna aż do samego Darłówka jechaliśmy prawie wyłącznie ścieżkami rowerowymi. I znów: niektóre odcinki to ewidentnie tegoroczne inwestycje- zachodniopomorskie, robicie to dobrze! Momentami trasy wyglądały nawet nieco abstrakcyjnie- po dwóch stronach ścieżki pola i łąki, droga nierówna, ale asfalt na ścieżce rowerowej pierwszej klasy! Fajnie, bo widzieliśmy, że korzystają z tej infrastruktury nie tylko turyści, ale przede wszystkim mieszkańcy załatwiający na rowerze swoje sprawunki czy dzieci szalejące na rolkach – nowej wiejskiej atrakcji. Można by też pomyśleć o poprawieniu bezpośredniej trasy z Mielna do Łaz- wszak teoretycznie mógłby to być kolejny niezwykle efektowny odcinek szlaku R10…

Taką nowiutką traską można śmigać!
Po prawej nic, po lewej nic, ale ścieżka rowerowa jak spod igły!

Darłówko- w końcu!

Mknęliśmy tak przed siebie, a w głowie kłębiły się te i inne myśli, od których odciągał nas tylko widok zwierząt na łąkach – żurawi, saren i zajęcy. W ten sposób dopedałowaliśmy do Darłowa, a następnie do Darłówka. Darłówko zrobiło na nas dobre wrażenie, z malutkim portem, nowym deptakiem i latarnią, z której zdążyliśmy w ostatnim momencie obejrzeć zachód słońca. Jeszcze spokojny spacer po plaży (uwaga, piasek jest trochę grubszy niż np. w Łebie czy Międzyzdrojach), rybka w smażalni smażalni na uboczu (naprawdę przyzwoita jak na warunki nadmorskich smażalni- polecamy smażalnię Atol), partyjka w cymbergaja i można było zaliczyć kolejny dzień do niezwykle udanych!

Pozdrawiamy gospodarzy!

Dzień 4:  Darłówko-Rowy

 

Między morzem a jeziorem

Poranek w Darłówku nie zwiastował udanego dnia. Niebo zaciągnęło się chmurami, a lekka mżawka, która skutecznie popsuła nam humory przy pobudce, zdążyła do śniadania przeobrazić się w regularny deszcz. Czekaliśmy więc cierpliwe na jakieś ,,okno pogodowe” i w dalszą drogę ruszyliśmy wraz z pierwszym przebłyskiem słońca (jak się okazało, trochę przedwczesnym, zlało nas raptem kwadrans później…). I znów, podobnie jak dzień wcześniej, zastanawialiśmy się, czy uda nam się przejechać szlakiem między morzem a jeziorem Kopań. Od tego pomysłu próbowały odwieźć nas tablice straszące jakimś remontem, ale szczęśliwie para rowerzystów nadciągających z przeciwnej strony potwierdziła, że trasa była przejezdna.

Plaża w Darłówku

I świetnie! Bowiem ten odcinek trasy rowerowej R10, podobnie jak kołobrzeski, pod względem widoków okazał się naprawdę spektakularny- prowadził po nasypie dokładnie równolegle do plaży i wzdłuż Bałtyku. Po lewej stronie widzieliśmy więc morze, a po prawej mijaliśmy rozległe jezioro. Po kilku kilometrach przekroczyliśmy jeszcze koryto jakiejś małej rzeczki i … wjechaliśmy w inny świat. Z nasypu wyłożonego nierównymi betonowymi płytami ,,przesiedliśmy” się na świeżo wyasfaltowaną i szeroką ścieżkę rowerową wiodącą samym środkiem nadbrzeżnego lasu. Miodzio! Jeśli tak przygotują również ten odcinek z płyt, ta trasa będzie kolejnym hitem!

Młody człowiek i morze
A może zamiast tak jechać, lepiej jest przysiąść na troszkę?

Bursztynek, bursztynek, znalazłem go… w muzeum!

Tym bardziej, że dalej, do Jarosławca, również jechaliśmy osobną ścieżką- liczycie ile to już kilometrów ,,ciągiem” po porządnych rowerowych ścieżkach? W Jarosławiu najpierw udaliśmy się do Muzeum Bursztynu, w którym w nowoczesny sposób przedstawiono historię powstania bursztynu, jego wydobycia i najbardziej efektywnych sposobów poszukiwania cennego produktu ;). Także teraz już wiemy, co kieruje ludźmi, którzy spacerują po plaży po sztormie… ;). Choć wizyta w muzeum nie należy do najtańszych rozrywek, na deszczowy dzień nad morzem nada się lepiej niż parki wątpliwej rozrywki lub potrójnie śmietanowe gofry.

Następna na liście atrakcji była latarnia w Jarosławcu- z zewnątrz niestety przechodziła właśnie remont, ale widok z góry standardowo zachwycał. Polecamy również zajrzeć do portu rybackiego, szczególnie jeśli chcecie ,,złowić” widokówkowy obrazek kolorowych kutrów na pięknej piaszczystej plaży!

Pocztówkowo...
Wąska plaża w Jarosławcu
W Muzeum Bursztynu dowiedzieliśmy się o tym, jak powstał bursztyn i kiedy najlepiej go szukać. Nie powiemy!

W stronę województwa pomorskiego

Za Jarosławiem znów oddaliliśmy się od morza, gdyż tereny nad samym brzegiem to strefa wojskowa, przez którą niestety przejazdu: brak. Trasą przez Jezierzany, Łącko i Królewo objechaliśmy jezioro Wicko i chwilę później przekroczyliśmy granicę między województwami. Za sobą zostawiliśmy zachodniopomorskie, które na wielu odcinkach uraczyło nas naprawde porządną infrastukturą na rowerowej trasie R10, i wtoczyliśmy się na pomorskie drogi – niestety, jak się z czasem okazało, już nie tak dobrze utrzymane i dbające o rowerzystów, jak te u sąsiadów.

Zachodniopomorskie zostawiamy za sobą, czas na pomorskie!

W śledziowym królestwie

Na osłodę, a może raczej na ,,osolę” kilka kilometrów później rozgościliśmy się we wspaniałej Zagrodzie Śledziowej w Starkowej – miejscu stworzonym przez śledziowych smakoszy, którzy próbują przekonać gości do jedzenia tych ryb częściej niż tylko od święta. A argumenty mają mocne- od zdrowotnych i kulturowych przez te, które do nas przemówiły najszybciej – kulinarne. Przygotowane w Zagrodzie śledzie to chyba najlepsze śledzie, jakie kiedykolwiek jedliśmy- mięsiste, wybornie doprawione, serwowane z parującymi ziemniaczkami w mundurkach i odrobiną kwaśnej śmietany. Pyszności! Dodajmy jeszcze, że lokal zlokalizowany jest w historycznej pomorskiej zagrodzie, raptem 12 km od Ustki Koniecznie dodajcie to miejsce do ,,ulubionych”!

W zabytkowej zagrodzie udało się stworzyć naprawdę magiczne miejsce!
Grande finale: najpyszniejsze śledzie, jakie ostatnio jedliśmy! Mniam!

Przez gąszcze rezerwatu

Na deser posililiśmy się jeszcze przydrożnymi jabłkami, jeżynami oraz śliwkami, które obrodziły w tym roku i objedzeni jak bąki z trudem realizowaliśmy dalsze ,,założenia”. W drodze do Ustki trasa rowerowa R10 poprowadziła nas przez rezerwat rzeki Słupi – rezerwat zaskakująco dziki i nieprzejeżdżony. Dobrze, że ktoś akurat dzień wcześniej skosił trochę traw, bo w przeciwnym razie mogliśmy nawet nie natrafić na ślad szlaku… Przedzieraliśmy się przez chaszcze i podprowadzaliśmy rowery pod zbocze porośnięte młodą leszczyną, zastanawiając się, jak niby miałby tu przejechać miejski rower lub cyklista z przyczepką. Dla nas takie fragmenty są przygodą, ale jeśli nie podzielacie takiego podejścia, proponujemy na mapie znaleźć jakiś objazd (np. w Wodnicy skręcić w lewo, zamiast w prawo i przekroczyć Słupię dopiero w Ustce).

Komu jabłuszko na trasie?
Rezerwat Słupi- prawdziwie dziki odcinek trasy

Z Ustki do Rowów

Na porządne zwiedzanie Ustki niestety zabrakło czasu, ale oczywiście nie mogliśmy nie wspiąć się na ustecką latarnię i chociaż przez chwilę pohasać po drobniutkim piaseczku. Dłuższa wizyta będzie musiała poczekać, choć w sumie pewnie i tak wybralibyśmy jakieś mniejsze i spokojniejsze miejsce.

Takie, jak np. Rowy, do których musieliśmy jeszcze dojechać tego dnia. Na mapie znaleźliśmy intrygujący ,,Szlak zwiniętych torów”, który poprowadzono w miejscu dawnego połączenia kolejowego. Gdzieniegdzie zrobiono nawet ,,stacyjki”- przystanki dla rowerzystów, nawiązujące do tej kolejowej przeszłości. Na zmianę cieszyliśmy się dobrej jakości nawierzchnią biegnąca po nasypie przez bukowy zagajnik i przeklinaliśmy napotkane chwilę później piachy. Urozmaicona trasa minęła szybko i tuż przed zachodem słońca zameldowaliśmy się w Rowach. Jeszcze tylko kolejny kadr do naszej kolekcji ,,najpiękniejszych zachodów słońca nad Bałtykiem” i kolejny etap wycieczki uczciliśmy okropnie niezdrowym i jakże kalorycznym goferkiem. W końcu być nad morzem i nie zjeść gofra…

Stacyjka rowerowa- czyż to nie piękne?
Po rowerach należy się goferek, prawda?

Dzień 5: Rowy-Łeba

 

Odkrywając okolice Słowińskiego Parku Narodowego

Z Rowów wyjechaliśmy jak najwcześniej byliśmy w stanie 😉 i od razu ruszyliśmy zdobywać szlaki rowerowe Słowińskiego Parku Narodowego [LINK]. Kto kojarzył ten park wyłącznie z wydmami, ten pewnie by się zdziwił. Ścieżka do strony Rowów wiodła przyjemnie ubitym leśnym duktem wzdłuż jeziora Gardno. Na jeziorze, w całości objętym ochroną parku, znajduje się Wyspa Kamienna- według legendy zbudowana przez samego diabła! Akwen najlepiej podziwiać z platforma widokowej koło Smołdzina.

Po tym poranku na łonie natury, podjechaliśmy do Smołdzina aby wdrapać się na świętą górę Słowińców – Rowokół. Opowieści o tym wzniesieniu nie brakuje, spiszemy je wszystkie w naszym tekście o Słowińskim Parku Narodowym- zajrzyjcie tam, jeśli lubicie pogańskie i pirackie smaczki ;).

Dziewięć kilometrów od Smołdzina znajduje się latarnia morska w Czołpinie, którą też koniecznie chcieliśmy zobaczyć. Choć może nie jest przesadnie wysoka, ale dzięki wzniesieniu, z góry jak na dłoni widzieliśmy słynne łebskie wydmy, główną atrakcję Słowińskiego Parku Narodowego. W sąsiedztwie niebawem otworzy się Muzeum Latarnictwa- warto sprawdzić to przed przyjazdem, bo wyglądało jakby poddawane było właśnie ostatnim szlifom. Z Czołpina ruszyliśmy asfaltową drogą w stronę Kluk.

Przystanek przy nadbałtyckim jeziorze Gardno

Witajcie w Krainie w Kratę!

Ktoś rano w pensjonacie powiedział nam, że Kluki znajdują się na końcu świata i chyba miał w tych słowach trochę racji :). Jechaliśmy przez senne miejscowości z pojedynczymi gospodarstwami, wśród przestrzeni łąk i pól, aż niewielki słowiński cmentarzyk zapowiedział nam, że ,,cywilizacja” musiała być już niedaleko. Nie pomyliliśmy się i chwilę później zwiedzaliśmy Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach. Wizytę w skansenie, który prezentuje trudy życia w tej niegościnnej, bagnistej krainie, uzupełniliśmy o wejście na wieżę widokową, z której doskonale widać rozległe jezioro Łebsko.

Kraina w Kratę obejmuje również Kluki
Patrząc na takie zdjęcie, od razu widać, skąd hasło ,,kraina w kratę" 🙂

Bagienne sidła parku narodowego

Dalsza podróż zapowiadała się jak wyzwanie: od wspomnianych wcześniej rowerzystów dowiedzieliśmy się, że szlak pieszy za Klukami może być niezwykle bagnisty i stanowi wyzwanie nawet dla rowerów nieobciążonych tak sakwami jak nasze… Zasięgnęliśmy więc języka u jednej z pracownic muzeum, która stanowczo odradziła ścieżkę przez Bagna Ciemińskie i skierowała nas przez wsie: Zgierz i Izbice. Kiedy już cieszyliśmy się, że ,,przechytrzyliśmy system”, okazało się, że pani Agnieszka codziennie dojeżdża do pracy… trasą iście terenową. Drewniane kładki o gwałtownych spadkach miały teoretycznie pomagać w poruszaniu się po wąskiej i rozmokłej trasie, w praktyce nie mogliśmy się zdecydować czy bardziej nam utrudniały czy ułatwiały podróż…

Wlekliśmy się potwornie, co chwilę schodząc z rowerów i przeprowadzając je przez grząską i nierówną trasę. Ciężko nawet pomyśleć, jak nieprzyjemna mogła być alternatywa szlakiem pieszym… Od razu doceniliśmy trud Słowińców, zamieszkujących niegdyś dokładnie te tereny, przez które my teraz musieliśmy się przedzierać- kilkukilometrowy odcinek jechaliśmy całą godzinę. Kiedy więc zobaczyliśmy znienawidzone przez nas betonowe płyty, szybko przeprosiliśmy się z tą nawierzchnią, a potem równie chętnie przesiedliśmy się na gładziutki asfalt.

kładka od strony Kluk
Kładka na jeziorze Łebsko
wydmy słowiński park narodowy
Z wieży widokowej w Klukach widać już zarys wydm w Słowińskim Parku Narodowym
Po przejechaniu trasy, na jej drugim krańcu, przeczytaliśmy, że jednak była nieprzejezdna 🙂

W końcu Łeba!

Jeszcze tylko bardzo piaszczysty odcinek R10 przez las (z dwoma fajnymi kładkami widokowymi: Bagna Izbickie i Wielkie Bagno) i po męczącym dniu mogliśmy spokojnie zameldować się w Łebie, łapiąc ostatnie promienie słońca zachodzące nad łebskim portem. Tam zostaliśmy kolejny dzień, aby na spokojnie obejrzeć wydmy Słowińskiego Parku Narodowego i odpocząć trochę od rowerów (chyba nam się nie dziwicie :D). O naszych wrażeniach z parku i samej Łeby niebawem napiszemy więcej.

Radość na wydmach Słowińskiego Parku Narodowego
Nawet mokradła potrafią mieć swój klimat

Dzień 7: Łeba- Jastrzębia

 

I znowu piach…

Po dniu przerwy z żalem opuszczaliśmy Łebę, bo w sumie było nam w niej bardzo przyjemnie (i, dla odmiany, nigdzie nie musieliśmy jechać :P). Jednak nie o przyjemności chodzi, a o wyzwania 😉 – kolejny nocleg oczekiwał nas w Jastrzębiej Górze, więc bez zbędnej zwłoki złapaliśmy dobrze nam znaną od Świnoujścia trasę  rowerową R10 wzdłuż jeziora Sarbsko i nacisnęliśmy mocniej na pedały. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że ten krótki odcinek będzie wymagał od nas ciągłego ,,naciskania mocniej na pedały”, bo zarówno piasek (cóż, czego spodziewać się pod Łebą?) jak i mocno leśna ścieżka z korzeniami dały nam się mocno we znaki. No ale czy nie wspominaliśmy przed chwilą o potrzebie ,,wyzwania”…? Trud rekompensowały widoki- coraz to trafialiśmy na jakiś prześwit, przez który widać było taflę jeziora, a i las w tym pięknym letnio-jesiennym momencie prezentował się malowniczo.

Przystanek na plaży, wśród wrzosów i dzikich róż...

Najbardziej pocztówkowa latarnia Bałtyku?

Po dłuższym niż spodziewanym odcinku leśnym, który z sakwami może być jednak trochę męczący, dotarliśmy w okolice latarni Stilo. Jeszcze tylko mały podjazd na samą górę i już cieszyliśmy oczy jedną z naszych ulubionych nadbałtyckich latarni. Przyznajcie, że wygląda dokładnie jak z bajkowego rysunku lub printu na modnej marynarskiej bluzeczce!

Za Stilo należało skręcić za znakami wskazującymi na ,,wrzosowe tarasy”. My jednak zgubiliśmy szlak i pojechaliśmy trasą, która na mapie wyglądała na równoległą i ,,równie dobrą”. Niestety masa piachu pod kołami pozwoliła nam zrozumieć, że należało się trzymać podstawowej trasy. Dopiero po kilku kilometrach spotkaliśmy dobrego człowieka, który pokierował nas na trasę bliżej morza- doskonałą ubitą drogę leśną, chyba świeżo wytyczoną przez leśnictwo. Kręcąc wśród wrzosowisk i pierwszych grzybiarzy, zbaczaliśmy jeszcze raz na czas na jedno z leśnych wejść na plażę- plażę oczywiście zupełnie pustą!

Latarnie to stały punkt programu!

W stronę historycznej granicy II Rzeczpospolitej

Dojechaliśmy do Lubiatowa, w którym… kompletnie się pogubiliśmy… Ani mapy, ani Google Maps nie były w stanie nam tutaj pomóc i dopiero po dłuższym topograficznym wysiłku znaleźliśmy żółty szlak rowerowy w kierunku Białogóry. Po szybkim posiłku byliśmy już w drodze do Dębek, dokąd doprowadził nas leśny dukt. Dojeżdżając do mostku na rzece Parsęcie, dowiedzieliśmy się, że właśnie tu przebiegała granica między Niemcami a Polską, w oparciu o ustalenia Traktatu Wersalskiego. Ciekawe! Swoją drogą rzeka jest naprawdę malownicza, można spłynąć nią kajakiem aż do samego morza!

Rowerem po plaży? Czemu nie, choćby tylko do zdjęcia 😉
Gdzie rzeka spotyka się z morzem.

Jazda rowerem z jednym pedałem

Do samych Dębek nie wjeżdżaliśmy, bo szlak prowadził nas nadmorską krawędzią miejscowości, płynnie przechodząc w Karwieńskie Błota, skądinąd bardzo estetyczne. Tu przytrafiła nam się nietypowa usterka- pękł trzon pedała, uniemożliwiając właściwie pedałowanie na jedną stronę. Niestety, w tej okolicy ciężko było znaleźć jakiś serwis, najbliższy namierzyliśmy dopiero we Władysławowie. Postawieni przed ciężkim dylematem: ,,oszukać trasę” i podjechać do Władka autobusem czy próbować asymetrycznego pedałowania, wybraliśmy drugą opcję. Tego dnia i tak planowaliśmy dojechać tylko do Jastrzębiej Góry aby tam zebrać siły na podróż do Władka. Tyle się udało, choć trasa z Karwi do Jastrzębiej Góry, a nawet jeszcze dalej, woła o pomstę do nieba. Dziury uprzykrzają życie nie tylko rowerzystom, ale też kierowcom, a brak pobocza lub ścieżki rowerowej sprawia, że podróż jest mało komfortowa. Była to jednak najkrótsza droga, a w zaistniałej sytuacji okazało się to decydującą kwestią ;).

Ta przygoda nie popsuła naszych nastrojów i jeszcze przed zachodem słońca zdążyliśmy zdobyć latarnię w Rozewiu, aby następnie przejść się wzdłuż morza i słynnych klifów. Miejscami plaża jest naprawdę wąska i widać, że ląd codziennie toczy tu walkę z morskimi falami, jednak te strome zbocza klifów nadają miejscu charakteru. A w promieniach zachodzącego słońca całość wygląda po prostu zjawiskowo… Mogliśmy jeszcze iść i iść, ale przed zmrokiem chcieliśmy jeszcze zobaczyć Gwiazdę Północy – oznaczenie najbardziej wysuniętego na północ kawałka Polski. Teraz czas złapać pozostałe ,,punkty”!

Aha, jeśli będziecie szukać czegoś dobrego do przekąszenia w Jastrzębiej Górze, nam smakowało w knajpie ,,U Rybaka”- choć ostrzegamy, że podobno w sezonie smakoszy jest tak dużo, że dochodzi nawet do sprzeczek o wolne stoliki…

Dzień 8: Jastrzębia Góra-Hel

 

Miasto króla Władysława IV

Na ostatni dzień wypadła absolutna końcówka trasy- z Jastrzębiej Góry na Hel dzieliły nas raptem 42 kilometry. Wiadomo- dla urozmaicenia więc rower odmówił współpracy i wycieczkę musieliśmy wydłużyć o wizytę u rowerowego znachora. Choć kosztowało nas to chwilę zwątpienia (bo jak to tak, co zrobić, jeśli roweru nie uda się naprawić?) oraz niemałe pieniądze (wiwat monopoliści trzymający w garści biznes rowerowy!), udało się doposażyć rower w działający pedał i już na zupełnym luzie udać się w ostatni etap naszej podróży.

Zanim jednak wyjechaliśmy w stronę półwyspu, odwiedziliśmy plażę i port we Władysławowie- mieście, którego nazwa pochodzi od imienia króla Władysława IV. Ciekawostką jest, że po kaszubsku ,,Władek” to dalej, w wolnym tłumaczeniu, Wielka Wieś i żadne działania monarchii nie zdołały tego zmienić. Tak bowiem nazywało się to miejsce zanim, w kontekście wznoszenia tu fortu, zainteresował się nim polski król. Ciekawostką jest, że kiedyś, po sąsiedzku z Władysławowem, istniało Hallerowo- osada nazwana przez właściciela ziemi, oficera wojsk Hallera, na cześć słynnego dowódcy. Dziś Hallerowo to część Władysławowa, ale do zwiedzania jest Hallerówka- dom należący przed II wojną światową do Józefa Hallera.

Port we Władysławowie, dawnej Wielkiej Wsi
Hallerówka we Władysławowie, dawny dom Józefa Hallera

Nie taki półwysep straszny…

W trakcie naszej rowerowej wędrówki mieliśmy wrażenie, że trasą na Hel straszą na Pomorzu wszystkie niegrzeczne dzieci- i nie chodzi nam bynajmniej o wysyłanie krnąbrnych milusińskich ,,do diabła”. Kilku napotkanych w trakcie wycieczki rowerzystów, niezależnie od siebie, twierdziło, że trasa rowerowa na półwyspie to będzie droga przez ,,wyboistą” mękę… Nastawialiśmy się więc na najgorsze, a okazało się, że w sumie aż po koniuszek cypla szlak był więcej niż w porządku. Dominowały pasy z kostki Bauma, która momentami rzeczywiście żyła swoim życiem, ale bardziej niż nawierzchnia, spowalniała nas obecność innych rowerzystów i niereformowalne zachwycanie się pięknem nadmorskiego krajobrazu :). Dopiero za Juratą płaska ścieżka rowerowa przeszła w pagórkowatą ubitą drogę z korzeniami i małymi podjazdami, jednak mowa tu o raptem kilku ostatnich kilometrach. Tak czy siak, koniecznie przejdźcie się kiedyś wzdłuż półwyspu i rozkoszujcie pysznymi widokami na niektórych odcinkach- a to jechaliśmy zaraz przy samej Zatoce, a to ginęliśmy w tunelu dzikich róż, za innym razem sunęliśmy trasą z widokiem na eleganckie molo (brawo Jurata!), aby pod koniec trasy cieszyć się dzikością iglastego lasu. Hel jest świetny!

W drodze na Hel!

Schrony i falochrony

Ale dość już o samej trasie- w końcu wycieczka na Hel to nie tylko pedałowanie. Nie wiemy, czy to zasługa końcówki sezonu, ale jak od strony zatoki nadal tętniło życie, a na camping ciągle dojeżdżały nowe samochody, tak na plażach od strony północnej wylegiwali się już tylko nieliczni plażowicze. Obstawiamy, że przy 35-kilometrowej długości cypla zawsze można znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce, np. wyjeżdżając rowerem poza miejscowości.

Choć dziś Półwysep Hel to głównie mekka polskich surferów, w swoim czasie pełnił też ważne funkcje militarne, a pozostałości po zasiekach, bateriach i schronach spotkać można na każdym kroku. Z plansz rozstawionych na trasie dowiedzieliśmy się więc, że półwysep udało się w trakcie kampanii wrześniowej  ,,odciąć” od lądu przez zdetonowanie torped, a w skansenie fortyfikacji przed Jastarnią czy w Muzeum Obrony Wybrzeża w Helu można z bliska przyjrzeć się różnym obiektom wojskowym. Na zwiedzenie wszystkiego nie mieliśmy czasu, ale przy dłuższym pobycie chętnie skusilibyśmy się szczególnie na obejście wojskowych zabytków w samej miejscowości Hel.

Wzdłuż całego Półwyspu Helskiego znajdziecie militarne pamiątki.
Molo w Juracie, wyjątkowo puste.
Stali bywalcy naszych zatok

Rybackie klimaty

Miłym i jakże estetycznym urozmaicenie są mola, np. w Juracie i Jastarni, czy malownicze porty, jak te we Władysławowie czy w Helu, z kolorowymi kutrami i starymi inskrypcjami. Po drodze zatrzymaliśmy się również koło latarni w Jastarni (niestety nie jest ona udostępniona do zwiedzania) i tej w Helu. Tym samym ,,zaliczyliśmy” komplet nadbałtyckich latarni zaplanowanych na tą wycieczkę. Z miejscowości półwyspu szczególnie do gustu przypadł nam sam Hel, z urokliwą ulicą Starowiejską, której charakter, mimo turystycznej pstrokacizny, udało się jeszcze zachować. Niewielkie drewniane i murowane rybackie domki wzdłuż głównej niegdyś ulicy, pozostałości ewangelickiego kościoła i port- chętnie wrócimy do Helu poza sezonem, bo pewnie wtedy wygląda jeszcze spokojniej.

Port w Helu
Dotarliśmy do początku Polski
Nieprawdaż?

Muzeum Rybackie w Helu

We wspomnianym byłym kościele ewangelickim urządzono też niewielkie, ale bardzo ciekawe muzeum rybołówstwa. Dowiedzieliśmy się z niego nie tylko o tym, jak w tych rejonach poławiano kiedyś ryby i jaką rolę odgrywał ten fach, ale przy okazji poszerzyliśmy nasze horyzonty o historię tworzenia się Morza Bałtyckiego i poczytaliśmy o teoriach związanych z utworzeniem się helskiego cypla. Ale o tym może (morze?) innym razem… Jak na tak małe i lokalne muzeum wystawa przygotowana jest naprawdę porządnie, a na deser można wdrapać się na byłą kościelną dzwonnicę i pooglądać współczesnych rybaków w akcji.

W Muzeum Rybolowstwa w Helu można dowiedzieć się co nieco o tym starym fachu.
Nad morzem nie może zabraknąć rybnych smakołyków...

Najsłynniejsze miejsce Zatoki Gdańskiej?

Wisienką na torcie była oczywiście wizyta w helskim Fokarium. Miejsca pewnie przesadnie nie trzeba przedstawiać, bo od dekad jest to stały punkt każdej wycieczki nad morze- my też pamiętamy te ,,zielone szkoły”… Mimo tego chętnie się tu wraca aby jeszcze raz, za raptem ,,piątaka”, przyjrzeć się z bliska helskim fokom. Wizyta ma również wymiar edukacyjny, z którego skorzystają bardziej dorośli. Oczywiście sporo uwagi poświęcone jest fokom- historii załamania się gatunku, mozolnym próbom ustabilizowania populacji czy praktycznym wskazówkom o tym jak zachować się, gdy przypadkiem spotkamy fokę na plaży. W telegraficznym skrócie, między innymi dzięki staraniom placówek takich jak ta w Helu i wzrastającej świadomości ekologicznej, foki mają się na tą chwilę całkiem nieźle. Chociażby po taką wiedzę do Fokarium warto się wybrać, na własne oczy zobaczyć, jakie to są mądre i pocieszne zwierzęta.

Niestety dramatycznie wygląda sytuacja morświnów, czyli małych waleni. Jego bałtycka populacja jest w tym momencie krytycznie zagrożona wyginięciem… Słyszeliście o tym? Sami przyznajemy, że nawet nie wiedzieliśmy, jak dokładnie wygląda morświn, a tym bardziej nie znaliśmy ich trudnej sytuacji. Największy, zagrożeniem dla morświnów są połowy ryb (zwierzęta zaplątują się w sieci i duszą się w męczarniach), zanieczyszczenie wód i zagrożenia akustyczne, które dezorientują zwierzęta (np. sporty wodne, transport morski itp). W Bałtyku doliczono się ledwie 450 osobników… Świadomość dotyczącą ryzyka wyginięcia morświnów szerzy helski Dom Morświna- polecamy zajrzeć również tam.

Najsłodsze zwierzaki na całym Półwyspie Helskim! Chrońmy je!

To jest już koniec, nie ma już nic…

W Helu skończyła się nasza nadbałtycka wyprawa. Jeszcze ostatnie zdjęcie przy Kopcu Kaszubów, umowym ,,początku Polski”, ostatni nur w tonie Bałtyku i powoli pakowaliśmy się na ostatni etap naszej podróży- rejs tramwajem wodnym do Gdyni. W sezonie to chyba najlepsza metoda na powrót do Trójmiasta, z którego można udać się w dalszą drogę…

Udało się!
Półwysep z lotu ptaka

Czy warto jechać trasą rowerową R10?

Jak widzicie, nie zawsze trzymaliśmy się słynnej zielonej ,,dziesiątki”. Raz było nam szybciej pojechać inną trasą, kiedy indziej byliśmy ciekawi innej opcji lub po prostu się zgubiliśmy. Trasa jest i w większości miejsc nawet dobrze oznakowana, jednak trzeba się liczyć z tym, że niekiedy jej przebieg może być uciążliwy dla cykloturysty z sakwami. Polecamy na bieżąco studiować mapę i wybierać najwygodniejsze rozwiązania, ale z całą pewnością nie na każdym rowerze trasę rowerową R10 przejechać się da. Jazda na szosówce wymagałby chyba zmiany ponad połowy szlaku i kierowania się drogami asfaltowymi.

Ostatni rzut oka na Hel- już płyniemy w stronę Gdyni
Na rozstaju dróg...

R10 praktycznie

  • NOCLEG: Mieliśmy zarezerwowaną sporą część noclegów, ale okazało się, że w sumie ze względu na końcówkę sezonu, nie byłoby większego problemu ze znalezieniem kwatery. Niestety, sporo miejsc nie lubi turystów na jedną noc i nawet na portalach takich jak Booking próbuje narzucić dodatkowe opłaty za ,,sprzątanie”- czytajcie uważnie oferty! Przy naszych rowerowych objazdówkach regularnie korzystamy z tego rozwiązania, nauczeni doświadczeniem, które wskazuje, że właściciele małych rodzinnych pensjonatów i agroturystyk często robią problemy z ,,pościeleniem na jedną noc”. Oczywiście trochę to rozumiem, szczególnie w sezonie i w popularnym miejscu, ale jednocześnie uważamy, że padający na twarz i grzecznie zasypiający rowerzyści są prawie ,,turystą-idealnym”;).  P.s.  Jeśli rezerwujecie nocleg przez Booking, będzie nam miło, jeśli zrobicie to przez nasz baner- dla Was cena się nie zmienia, a Booking dzieli się z nami swoją prowizją- dziękujemy!
  • Słyszeliśmy też o śmiałkach, którzy cały wyjazd sypiali pod namiotem. Pól namiotowych po drodze jest sporo, choć gdy w ciągu dnia zleje trochę deszcz, fajnie jest jednak wyspać się w ciepłym łóżku 😉 Tymniemniej da się, wystarczy trochę poszukać 🙂 Aha, pamiętajcie, że teoretycznie rozbijanie się namiotem na plaży wymaga zgody Urzędów Morskich a w parkach narodowych jest niemożliwe.

  • Wyżywienie – jeździliśmy po różnych regionach Polski i trzeba przyznać, że jadąc wzdłuż Bałtyku w sezonie, nie powinno być problemów z sklepami i miejscami na posiłek. Różnego rodzaju barów i sklepów nie brakuje w żadnej nadmorskiej miejscowości, choć z jakością i cenami bywa różnie… Ale gofry znajdą się napewno 😉

  • ROWER: Całość przejechaliśmy na dość sfatygowanych jednośladach i spokojnie daliśmy radę- po płaskim terenie nawet jazda z sakwami nie jest przesadnie uciążliwa. Uważać należy jedynie na opisane w tekście fragmenty, które nie nadają się dla podróżujących szosą czy z przyczepką. Generalnie polecamy raczej rowery trekkingowe, bo trasa częściowo przebiega leśnymi drogami.

  • TRAMWAJ WODNY: Tramwaj wodny kursuje z Helu do Gdańska, Gdyni i Sopotu tylko w wysokim sezonie. Rejs kosztuje 40zł za pasażera i 10 zł za przewóz roweru. Sakwy przed wejściem na pokład trzeba odczepić od roweru. Więcej informacji znajdziecie na stronie Żeglugi Gdańskiej. Doradzono nam, żeby w sezonie kupić bilet wcześniej niż przed samym rejsem ze względu na kolejki i ryzyko wyprzedania biletów. Bilety można nabyć w helskim porcie (niestety nie da się ich kupić online)

  • POCIĄG: przewóz rowerów w PKP to czasami wyższa szkoła jazdy… Warto wiedzieć, że w przypadku nocnych relacji, rower można przewieźć tylko kupując bilet dla 2 klasy. Nie ma możliwości przewozu roweru np. W połączeniu z biletem w wagonie sypialnym czy kuszetką. My obeszliśmy to tak, że kupiliśmy w sumie 3 bilety: dwa obok siebie w 2 klasie (bezprzedziałowej), żeby przewieźć rowery i aby móc się wygodnie położyć na dwóch siedzeniach oraz dodatkowo jeden bilet do wagonu sypialnego- żeby chociaż jedno z nas wyspało się porządnie ;).

  • MAPY:Dobrze mieć jakieś fizyczne mapy, bo niestety nie zawsze szlaki są wystarczająco jasno wymalowane, a i zasięg potrafi zgubić się gdzieś w środku lasu. My używaliśmy głównie Map ExpressMap, dzięki którym mieliśmy dość szeroki ogląd na rowerową trasę na dany dzień.

2 Comments

  1. V3? To były działa nadbrzeżne z wielostopniowym ładunkiem miotajacym, nad kanałem la.manche, które w teorii miały umożliwić bezpośredni ostrzał Londynu. Natomiast tam zajmowano się V2 czyli rakietami.

    Tereny znam, ale z różnych wakacji, w całości nie udało mi się ich zwiedzić, a szkoda. Przygoda świetna. Czyli następna taka akcja to z Gdańska nad Zalew Wiślany?

    Sam tym pociagiem jezdziłem z Przemyśla do Szczecina. Świetna zabawa jak się ma bilet studencki i dużo wolnego czasu.

    • Wszędzie podają, że w Zalesiu były wyrzutnie V3. Oczywiście testowe bo do ostrzału Londynu trzeba było wyrzutni we Francji.

      Zgadza się, mamy w planie przejechać z Władysławowa do Fromborka by mieć całość wybrzeża:)

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Post comment