Rowerem przez ,,Małą Litwę”- Sejneńszczyzna i północna Suwalszczyzna

Relacji z województwa podlaskiego na naszym blogu nie brakuje i nic dziwnego, bo to niezwykle piękny region. Jest jednak jeden ważny fragment tego regionu, o którym jeszcze nie pisaliśmy.  Czas najwyższy by zabrać Was w podróż po północno-wschodnim skrawku Polski – Sejneńszczyźnie. To okolice zdecydowanie pomijane w podróżniczych relacjach – w naszej ocenie zupełnie niesłusznie. Poza pięknymi widokami, klimat polsko-litewskiego pogranicza dodawał wycieczce ciekawego rysu kulturowego. Zapraszamy w drogę na objazdówkę po ,,Małej Litwie”!

W stronę litewskiej granicy – kierunek: Sejny

Suwałki. Do tej pory zdecydowanie była to dla nas miejscowość, można by rzec, tranzytowa, do której podchodziliśmy bez większych emocji. Taki tam punkt startowy lub meta, z dogodnymi połączeniami kolejowymi. Przy okazji tej wycieczki okazała się całkiem ciekawa, ale o tym w osobnym poście o tym, co warto zobaczyć w Suwałkach.

Start wycieczki po Sejneńszczyźnie (które to określenie w kontekście tej trasy traktujemy trochę umownie), również miał miejsce w Suwałkach, skąd ruszyliśmy w stronę Wigierskiego Parku Narodowego. Ten odcinek pokonywaliśmy już trzeci raz- prowadzi on elegancką ścieżką rowerową, będącą częścią trasy rowerowej GreenVelo. Na szczęście szeroka ścieżka rowerowa nie kończy się wraz ze skrętem Green Velo nad Jezioro Wigry, ale dowozi dalej w kierunku Sejn. To bardzo dobra wiadomość dla rowerzystów, gdyż droga numer 653 prowadzi w stronę granicy polsko-litewskiej, przez co jest ruchliwa i niebezpieczna. Ze względu na sąsiedztwo drogi nie jest to może najprzyjemniejsza ze wszystkich tras, tym niemniej rowerzysta czuje się na tym odcinku zupełnie bezpiecznie i może dojechać do Sejn, w ramach jednodniowej wycieczki z Suwałk lub Wigier.

Żeby jednak urozmaicić sobie przejazd, między miejscowościami Tartak a Ryżówka odbiliśmy na północ, wybierając polne, wiejskie drogi nad komfort asfaltowej ścieżki rowerowej. Ale-ale. Jeśli komuś spieszno do Sejn, uprzejmie informujemy, że osobny pas rowerowy poprowadzony jest na całej długości trasy Suwałki-Sejny, także można ten odcinek przebyć w try-miga.

Góra Różańcowa – a może żelazna?

Nam na razie się nie spieszyło, a gdy zobaczyliśmy pierwsze bajorka, brodzące w trawach bociany i uroczą ziemiankę na rozstaju dróg – wiedzieliśmy, że to była dobra decyzja. W końcu po to tu przyjechaliśmy, prawda? Kluczyliśmy tymi polnymi drogami, raz rozkoszując się widokami, innym razem przeklinając piaszczyste podjazdy, aż dopedałowaliśmy do ciekawego punktu – Góry Różańcowej. Jej nazwa nawiązuje bezpośrednio do legendy o pastuszku, który wyciągnął z ziemi różaniec zagubiony tam dawniej przez jednego z kamedułów z Wigier podczas małej utarczki z diabłem :). To oczywiście niepotwierdzona historia, a z tych potwierdzonych: dopatrzono się tam śladów osadnictwa z epoki żelaza, odkrytego przez archeologów podczas wykopalisk.

Na szczycie wzniesienia stoi kilka krzyży, ale naszą uwagę przykuła niepozorna, drewniana kapliczka – później widzieliśmy ich więcej, obstawiamy więc że wszystkie wyszły spod dłuta tego samego lokalnego artysty.

Przysiedliśmy na turkusowej drewnianej ławeczce, wyciągnęliśmy z sakw świeże jagodzianki zakupione w suwalskiej piekarni i wodziliśmy wzrokiem po horyzoncie, stopniowo zakochując się w zielonym pejzażu u naszych stóp. Nawet nie wiedzieliśmy, że najlepsze widoki to jeszcze przed nami… Ten jakże romantyczny moment przerwały pierwsze ostrzegawcze krople deszczu – niestety z tej niespiesznej jazdy trzeba było przełączyć się na szybsze tryby.

Dotarliśmy więc do Rozbójnicy, a stamtąd spadliśmy w stronę szosy Suwałki – Sejny. Choć kusiła nas trasa po trójkącie przez Żłobin, zdecydowaliśmy się na ,,dzidę” do Sejn. Pod pretekstem testowania ścieżki rowerowej, rzecz jasna ;). 

Sejny – przedsiębiorczy dominikanie i powstanie sejneńskie

W Sejnach przeszliśmy się na krótki spacer po najważniejszych miejscach założonego w XVI wieku miasteczka. W XVII wieku sprowadzili się tutaj dominikanie i zaczęli budowę kościoła oraz zespołu klasztornego. Zakonnicy otrzymywali od królów różne nadania i przywileje, które pozwalały na organizację targów i odpustów. Położona przy drodze handlowej miejscowość stała się ważnym ośrodkiem w okolicy. 

Przedsiębiorczy dominikanie nie zawahali się nawet sprowadzić do Sejn Żydów i wybudować im synagogę – byle tylko ożywić ekonomię miasta. Podobno kierowała nimi chęć rywalizacji z sąsiednim ośrodkiem – Krasnopolem :). W dobie zaborów Prusacy zlikwidowali dominikański zakon, ale Sejny zyskiwały na znaczeniu, pełniąc funkcję siedziby władz administracyjnych i kościelnych  Dopiero wybudowanie kolei prowadzącej przez Suwałki i omijającej Sejny spowolniło rozwój miasteczka. 

Na przełomie XIX i XX wieku odgrywały również ważną rolę kulturową dla Litwinów. Kiedy Polska i Litwa odzyskiwały niepodległość, teren Sejneńszczyzny stał się areną powstania sejneńskiego, a potem długich negocjacji –  w trakcie tych wydarzeń Sejny przechodziły z jednych rąk do drugich aż 11 razy…

Sejny wielkością i klimatem porównać można do innych podlaskich miejscowości, Tykocina i Supraśla, choć w naszym zestawieniu zdecydowanie są na trzecim miejscu. Dominuje tu małomiasteczkowa zabudowa z kilkoma cennymi i zabytkowymi obiektami. Na miejscu z pewnością warto zajrzeć do kościoła Nawiedzenia NMP z cudowną figurą Matki Boskiej Sejneńskiej i przykościelnego klasztoru podominikańskiego. My z ciekawością przyjrzeliśmy się też Białej Synagodze i stojącemu naprzeciw Domu Talmudycznemu. Dziś to głównie przestrzeń koncertowa i kulturalna, w której organizowane są imprezy mające zbliżyć do siebie polskich i litewskich sąsiadów – niestety akurat w pandemii była zamknięta.

Również w Sejnach pierwszy raz mieliśmy okazję spróbować prawdziwej kuchni litewskiej, serwowanej w Karczmie ,,Dom Litewski”. To miejsce, wraz z przylegającym do niego ośrodkiem noclegowym, prowadzone jest przez Litwinów, także wierzymy, że podawane nam przysmaki były ,,książkowo” litewskie :). Zajadaliśmy się chłodnikiem, kartaczami, blinami litewskimi oraz jednym z niewielu wegetariańskich dań w karcie – soczewiakami. Całość popiliśmy litewskim kwasem chlebowym, bo jak zanurzać się w lokalnych smakach, to na całego!

Krasnobruda – z wizytą w Dworku Czesława Miłosza

Następnego dnia ruszyliśmy na północ, za cel obierając pogranicze polsko-litewskie. Dzień  zapowiadał się przepiękny, a pełnia lipcowego lata dodawała energetycznego kopa. Bo kto nie czułby ekscytacji, przemierzając delikatnie pagórkowate tereny, ozłocone dojrzałym zbożem i przetykane błękitem tafli jezior? Czuliśmy, że trafiliśmy w najpiękniejszy moment lipca – kiedy przyroda jest pełna życia, dojrzała, łakoma słońca, ale jeszcze nie wysuszona ciepłem lata. Intensywnie czerwone maki, kwieciste łąki umajone gatunkami, których nawet nie umiemy rozpoznać, kształtne, choć nadal zielone jabłka nabierające krągłości i kręcący w nosie zapach kwiatów lip. Z roweru czuć to lato jeszcze pełniej!

Naszym pierwszym przystankiem (poza tymi licznymi, które dyktowała chęć uwiecznienia przepięknych pejzaży) był dwór Miłosza w Krasnobrudzie. Gwoli ścisłości, dom ten należał do ciotek poety, a Czesław Miłosz przyjeżdżał doń na letniska, ,,odżywiać się do wujostwa”. 

Dworek niestety nie był dostępny do zwiedzania – zasady oglądania wnętrz są bardzo dziwne i pokrętne, chyba niezależnie od sytuacji epidemiologicznej, więc jeśli zależy Wam na zobaczeniu środka, sprawdźcie dobrze stronę internetową tego miejsca. 

Nie przeszkadzało to jednak powłóczyć się po posiadłości – podobały nam się szczególnie gliniane rzeźby w postaci książek z poezją, również Miłosza, w różnych językach. Taki zarośnięty ogród obok klimatycznego dworku położonego nad brzegiem jeziora aż rozbudza w człowieku poetyckość :). Zwróćcie uwagę na inskrypcję nad progiem: ,,Bieda temu, kto wyrusza i nie powraca” – pamiętajcie o tym, podróżnicy!. Nic dziwnego, że tym lokalnym krajobrazem – dziś przeciętym granicą, ale za czasów młodości Miłosza stanowiącym całość – noblista nieraz zachwycał się również w swojej twórczości, np. w ,,Dolinie Issy”. 

Chętnie posiedzielibyśmy na progu domostwa, ale czas gonił. Nasz szlak prowadził na północ, wzdłuż Jeziora Gaładuś, właściwie aż do samej granicy. Kolejne kilometry mijały bez żadnych konkretnych ,,atrakcji” – poza tymi krajobrazowymi, rzecz jasna. A że widoki na Sejneńszczyźnie naprawdę są pyszne, nie martwiło nas, że mogliśmy na spokojnie pedałować przed siebie. Po drodze udało nam się nawet złapać dziką plażę, na której pomoczyliśmy nogi i zjedliśmy lunch. Swoją drogą, Jezioro Gaładuś to najdłuższe jezioro Sejneńszczyzny, liczące 10 kilometrów długości i będące naturalną granicą z Litwą. W czasie drogi trzymaliśmy się szlaku R65, którego oznaczenia zdążyły już jednak dawno wyblaknąć – taka sobie trasa-widmo…

W sercu ,,Małej Litwy”

Te tereny określa się mianem ,,Małej Litwy”. Tu nie dziwią dwujęzyczne ogłoszenia, strony urzędów czy festiwale kultur pogranicza. Szczególnie teren między Puńskiem a Sejnami to taka esencja przenikania się polskiej i litewskiej kultur – z wybrzmiewającym gdzieniegdzie echem Jaćwieży. 

Cytując klasyka, możecie sobie zadawać pytanie ,,skąd Litwini wracali?” Właściwie… znikąd – są u siebie. Czesław Miłosz określił Jaćwingów mianem ,,Indian Europy” – potraktowanych podobnie, jako dzikusów i pogan, zacofanych i w efekcie wytępionych ze swoich ziem. Kiedy Jaćwingowie opuścili te tereny, natura upomniała się o swoje i Sejneńszczyznę pokryły gęste lasy. W XV wieku zaczęły zaczęli penetrować je osadnicy litewscy, a od południa polscy – z Mazowsza. 

Te grupy w pewnym momencie się spotkały i kohabitowały na tych terenach – a ,,wielka historia” raz po raz tworzyła i przesuwała państwowe granice. Według ostatniego spisu ludności, populacje Litwinów na tym terenie szacuje się na ok. 8000 osób. Oczywiście do tego należałoby dodać wszelkie rodziny mieszane czy o podwójnych tożsamościach.

Szczególnie za Sejnami robiło się już coraz bardziej litewsko i im bardziej na północ, tym te tropy stawały się wyraźniejsze. Początkowo sporadycznie mijaliśmy kapliczkę z inskrypcją po litewsku, a im dalej na północ, tym bardziej stawało się to normą. Ciekawe są też charakterystyczne zwieńczenia przydrożnych litewskich krzyży – podobno z nawiązaniami do kultu boga Peruna. Również nazwy miejscowości wyróżniały się niecodziennym brzmieniem – Burbiszki, Tauroszyszki czy Trakiszki. To prawdopodobnie pozostałości po jaćwieskich nazwach tych osad. 

Na wysokości Borysówki ledwie kilkaset metrów dzieliło nas do przejścia granicznego, ale my skręciliśmy w głąb naszego kraju. Tu też zauważyliśmy pierwsze dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości. Nie przegapcie Trakiszek – to miejsce, do którego najdalej dojeżdża pociąg (z Białegostoku), możecie więc skrócić sobie nieco trasę, jeśli nagli Was czas. Ponadto to po prostu ładny dworzec z ozdobną snycerką, jest więc na czym zawiesić oko. 

Puńsk – skosztuj litewskich specjałów

Żeby w pełni wczuć się w litewski klimat, obraliśmy kurs na Puńsk, gdzie na wjeździe zatrzymaliśmy się w Zagrodzie Litewskiej. To nieduży obiekt ze skansenem i karczmą. Wiele zwiedzania tam na Was nie czeka, ale skoro i tak raz na czas dobrze zsiąść z siodełka, czemu się nie zatrzymać :). Malwy w drewnianych oknach to zawsze miły widok. Na miejscu można też coś zjeść, ale my wybraliśmy inne miejsce bliżej centrum – Litewską Restaurację „Ruta”– z dużym ogrodem i widokiem na jezioro.

Z posiłkiem trafiliśmy idealnie, bo już przy pierwszych łyżkach chłodnika litewskiego na dobre się rozpadało, mogliśmy więc niespiesznie delektować się kiszką, sękaczem i stuliścem – ciekawym deserem z cieniutkich warstw ciasta drożdżowego przekładanych masłem i np. nadzieniem makowym. Ciasto smakowicie rozwarstwia się w ustach. Według naszej kelnerki podobno niektóre gospodynie osiągały taki efekt, rozwałkowując warstwy ciasta na poduszkach… 

Aha, warto wspomnieć, że w Puńsku działa jeszcze jedno Muzeum Etnograficzne – Stara Plebania. Niestety, dla nas była zamknięta. 

Gdy tylko skończyliśmy jeść, pogoda wyraźnie się poprawiła – nie tracąc więc czasu, ruszyliśmy dalej na północ. Nieistniejąca trasa-widmo prowadziłą zupełnie bezludnymi terenami, wywołując w nas poczucie winy za każdym razem, gdy płoszyliśmy zaskoczone obecnością człowieka stada bocianów i odrywaliśmy od monotonnego żucia pocieszne krowy. Przez cały dzień na trasie minęliśmy raptem jedną grupę rowerzystów, mieliśmy więc naprawdę poczucie, że oto poznajemy prawdziwy ,,dziki wschód”. 

Rutka – Tartak – na Baśniowym Szlaku

Mały przystanek wypadł nam w Rutce-Tartaku, przez którą prowadzi suwalski Baśniowy Szlak. Nad lokalną rzeczką Szeszupą (z resztą spławną kajakami) zorganizowano miejsce odpoczynku i leśny plac zabaw z figurkami w kształcie występujących w tych rejonach zwierząt. 

To był ostatni przystanek na naszej trasie, w którym mogliśmy zaopatrzyć się w coś do jedzenia lub picia – dalej czekały już na nas tylko pola i łąki obsypane letnim kwieciem. Ciekawe, że w czasach średniowiecza musiało tu być sporo jaćwieskich osad, ale dziś to prawie bezludne tereny.

W miejscowości Maszutkinie natrafiliśmy na ślady pruskich ewangelików, osiedlanych tu w połowie XIX wieku. O ich przeszłości przypomina skryty w gęstwinie cmentarz ewangelicki. Dopiero gdy złapaliśmy ślad szlaku rowerowego przez Góry Sudawskie, wiedzieliśmy, że to oznaka zbliżania się do Wiżajn – naszego celu na ten wieczór. Tu ciekawostka – nazwa ,,Sudawskie” pochodzi od słowa ,,Sudawi”, alternatywnego określenia Jaćwingów. Więcej o tym ludzie i średniowiecznej Jaćwieży napiszemy w tekście o Suwalskim Parku Krajobrazowym. 

Wiżajny – suwalska stolica sera i polski biegun zimna

Wiżajny to niewielka miejscowość malowniczo położona nad jeziorem o tej samej nazwie. Byliśmy tym miejscem szczerze zauroczeni- ciche, spokojnie nabrzeże, bez zbędnych zabudowań i dziesiątek ośrodków wypoczynkowych. Na jeziorze pojedyńcze wiosłówki, niewielkie publiczne kąpielisko i krystalicznie czysta woda. Myśl, że będziemy mogli niebawem w niej zanurkować, motywowała do pedałowania… 

Wiżajny i okolice słyną również z pysznych lokalnych serów – w końcu przy tylu spotkanych na trasie krowach nie powinno to przesadnie dziwić… Na dodatek kupowane lokalnie, bezpośrednio od rolników, są naprawdę tanie. W sam raz na piknik nad brzegiem jeziora, w stolicy suwalskiego sera!

Podobno nazwę miejscowości można połączyć z litewskim słowem ,,rak”, a to z legendą o tym, jak to król Jagiełło zawitał to osady po polowaniu na tura i raczył się pysznymi rakami. To oczywiście tylko opowieść, tym bardziej że nie ma dowodów na osadnictwo w tym miejscu za czasów Jagiełły. Wiżajny wymieniane są jako miasto dopiero od XVII wieku, a akcję kolonizacyjną na tych terenach prowadziła m.in. rodzina Radziwiłłów. Pograniczny charakter Wiżajn sprawiał, że łączyły się tu wpływy polskie, ruskie, niemieckie i litewskie.

Ciekawostką jest surowy klimat Wiżajn, które uchodzą za polski biegun zimna – zimy trzymają tu zdecydowanie dłużej niż w rozsławionych w tym względzie Suwałkach. Dzieje się to za sprawą tego, że Wiżajny leżą bliżej Rosji, a ponadto aż o 100 metrów wyżej niż Suwałki. Według informacji, które znaleźliśmy w literaturze, pokrywa śnieżna utrzymuje się tam nawet przez 100 dni w roku, a klimat można porównać do tego z górskich miejscowości. Oczywiście nasi gospodarze zgodnie twierdzili, że ,,takich zim, jak kiedyś, to już nie ma”, ale to chyba podobnie jak w reszcie kraju :). 

Tego dnia zakończyliśmy kręcenie w Wiżajnach i nazajutrz ruszyliśmy na dwudniowy wypad w stronę warmińsko-mazurskiego, Gołdapi i Puszczy Rominckiej. To dodatkowa, około 100-kilometrowa pętelka, którą opiszemy w osobnym poście. Ten ,,ponadprogramowy” wysiłek uczciliśmy dodatkowym niespiesznym porankiem w Wiżajnach, spędzając go na kąpieli w jeziorze i pływaniu łódeczką – wszak warto popracować nie tylko nad nogami, ale też nad bicepsem :). 

W stronę Suwalskiego Parku Krajobrazowego

Żeby jednak rowerowemu wyzwaniu stała się zadość, po takim wolniejszym starcie dnia, na pożegnanie objechaliśmy pętelkę wokół całego jeziora, biegnącą głównie po sennych, lokalnych drogach. W ostatnim etapie naszego kręcenia po Sejneńszczyźnie (a może ,,Sen-neńszczyźnie”? :)) i północnej Suwalszczyźnie, planowaliśmy dotrzeć do okolic Suwalskiego Parku Krajobrazowego, a dokładnie Jeleniewa, z którego następnie urządzaliśmy jednodniowe wypady po najciekawszych zakątkach najstarszego w Polsce parku krajobrazowego.

Skierowaliśmy się więc w stronę jeziora Hańcza, planując objechać je od lewego brzegu. Dość szybko złapaliśmy ślad szlaku Green Velo, który prowadził nas lokalnymi asfaltami w stronę południa. Krótka przerwa wypadła nam w Kłajpedzie, w której zainteresowała nas nie tylko ,,międzynarodowa” nazwa, ale również niewielki drewniany kościółek z trochę zapuszczonym cmentarzem ewangelickim na tyłach świątyni. Do dziś zachowało się tylko kilka grobów, o dziwo głównie z polsko brzmiącymi nazwiskami…  

Z kolei w Starej Hańczy zrobiliśmy przerwę, żeby zamoczyć nogi w najgłębszym polskim jeziorze i poszukać śladów po starym dworze, a następnie, na spokojnie podążyliśmy dalej asfaltem do samego Jeleniewa. Uroki tych okolic opiszemy dokładnie we wpisie o Suwalskim Parku Krajobrazowym. Dość wspomnieć, że ta wycieczka okazała się jedną z najbardziej widokowych w tym roku – tak więc koniecznie przeczytajcie o naszych wrażeniach!

Nasza trasa po Sejneńszczyźnie

Nasza trasa w dużej mierze pokrywała się ze wspomnianym szlakiem R65, który lekko zmodyfikowaliśmy. Poniżej GPS z naszej wycieczki rowerowej, szlak wydłużony o nasz krótki wypad do Gołdapi.

Trasę podzieliliśmy na następujące kawałki:

Dzień 1: Suwałki – Sejny – 40 km

Dzień 2: Sejny – Wiżajny – 85 km

Dzień 3: Wiżajny – Jeleniewo – 40 km

Północna Suwalszczyzna (Sejnenszczynza) praktycznie:

  • Mapa: korzystaliśmy z mapy wydawnictwa Compas – Suwalszczyzna, skala 1: 75 000 . Sprawdziła się bardzo dobrze, nawet na totalnych bezdrożach – polecamy.
  • Noclegi: Spaliśmy w trzech miejscach, każde z nich spełniało kryteria ,,noclegu dla rowerzystów”. 

Psst, pamiętajcie – korzystając z naszych linków do Bookingu, pomagacie nam rozwijać naszego bloga. Wasza cena pozostaje bez zmian, za to Booking dzieli się z nami częścią swojej prowizji. Dziękujemy!

  • Dom Litewski w Sejnach chyba największa kwatera w mieście oferująca pokoje z łazienką. Ułatwieniem jest fakt, że pod samym nosem znajduje się Karczma Dom Litewski – najwyżej oceniana jadłodajnia w mieście, gdzie mogliśmy spróbować typowo litewskich dań. Dietetyczne to to nie było, ale jak najbardziej smakowało :).
  • Słoneczna Zatoka w Wiżajnachnasz absolutny noclegowy faworyt, którego zdjęcia na Bookingu absolutnie nie oddają klimatu. Największą zaletą tego miejsca jest prywatne zejście do wody oraz możliwość darmowego skorzystania z łódki i kajaka. Dodatkowo gościom udostępniono pięknie położone miejsce do grilla lub chillu z widokiem na jezioro. Przemiła właścicielka sama przygotowuje śniadania (my trafiliśmy na domowy placek drożdżowy – delicja!) i dba o bardzo luźną, przyjazną atmosferę. Standard pokoi z łazienką bardzo przyjemny. Gdybyśmy wracali do Wiżajn, chcielibyśmy nocować tu ponownie.
  • Agroturystyka Radzewicz w Stankunach – typowa agroturystyka u rolnika. Zupełnie na końcu świata, ale za to cisza, spokój i delikatny krowi aromacik – jak u babci na wczasach ;). Tu nocowaliśmy w pokoju z dzieloną łazienką (niestety, innych opcji już nie było) i porządną kuchnią. Kameralne miejsce, raptem 3-4 pokoje. Najmniej ciekawe ze wszystkich, ale pasowało nam jako punkt wypadowy do objazdu jeziora Wiżajny. 

6 komentarzy do wpisu „Rowerem przez ,,Małą Litwę”- Sejneńszczyzna i północna Suwalszczyzna”

  1. Byłem kiedyś w tamtych okolicach. Przejechałem pętlę z Burniszek przez trójstyk granic do litewskiego Wisztyńca wzdłuż jeziora i z powrotem do Burniszek przez las. Ale to były czas, kiedy można było swobodnie przekraczać granice…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz