Rowerowe szlaki Roztocza Wschodniego

W drodze do kolejnego tajemniczego miejsca.

Tereny Roztocza Wschodniego idealnie nadają się do wycieczek rowerowych ze względu na przepiękną przyrodę, ciekawe miejsca do odkrywania oraz malownicze polne i leśne ścieżki.  Dodatkowym plusem na drogach jest mały ruch samochodowy – w sam raz na wycieczki z podrośniętymi latoroślami. Owszem, znajdzie się trochę podjazdów i odcinków terenowych, ale na lekko i bez sakw każdy da radę. Słowem, rower to idealny sposób na poznanie najciekawszych miejsc w tym regionie.

W planowaniu trasy na pewno pomoże Wam tekst w którym dokładnie opisaliśmy ciekawe miejsca i atrakcje na Roztoczu Wschodnim – mamy nadzieję, że okaże się pomocny przy wytyczaniu Waszych wycieczek. Jeśli jednak szukacie ,,gotowca”, prezentujemy Wam trasy, które przejechaliśmy w czasie naszego pobytu na Roztoczu Wschodnim – inspirujcie się do woli!

P.s. W poniższym poradniku nie powielaliśmy niektórych ciekawostek o oglądanych na trasie miejscach, więc dla pełnego obrazu warto zajrzeć do wyżej wspomnianego tekstu. No chyba, że do tematu podchodzicie mniej krajoznawczo, a bardziej rekreacyjnie lub sportowo – wtedy pozostaje tylko wskakiwać na siodełko!

Sielankowy krajobraz gdzieś koło Horyńca Zdroju.

Trasa 1. Kierunek Wielkie Oczy / Chotyniec

Pierwsza proponowana trasa to bardzo przyjemna wycieczka po śladzie szlaku GreenVelo. GreenVelo to najdłuższy polski szlak rowerowy liczący ponad 2000 kilometrów, przeprowadzony przez wschodnie województwa kraju – od Warmińsko-Mazurskiego, wzdłuż wschodniej granicy Polski, na Świętokrzyskim kończąc. Przebiega również przez tereny Roztocza Wschodniego. 

Spokojnie, nie musicie przejeżdżać go w całości – wycieczka do Chotyńca (łącznie 116 kilometrów w dwie strony) powinna wystarczyć na początek. Krótszy wariant zakłada za cel miejscowość Wielkie Oczy, dając łącznie 70 kilometrów (w obie strony). Zaletą obu wariantów jest to, że właściwie prowadzą ona po fragmencie trasy GreenVelo – bardzo wyraźnie oznaczonej, bezpiecznej i z kilkoma Miejscami Odpoczynku Rowerzystów (MOR) po drodze. Niewiele trzeba kombinować, na dobrą sprawę obejdzie się też bez mapy – po prostu podążajcie szlakiem i cieszcie się jazdą. To doskonała opcja dla przyczepek rowerowych i amatorów długich, wyasfaltowanych, płaskich tras, a także okazja, żeby przetestować kawałek słynnego w całym kraju szlaku GreenVelo. Kto wie, może ta krótka wycieczka rozbudzi ciekawość na więcej…?

Jazdę zaczęliśmy z Horyńca-Zdroju, kierując się w stronę Radruża. Człowiek dobrze się jeszcze nie rozpędził, a już trzeba było schodzić z siodełek – no ale powód okazał się wyśmienity. Kompleks cerkiewny w Radrużu, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, to punkt obowiązkowy pobytu na Roztoczu Wschodnim – więcej o nim we wspomnianym na początku tekście.

Wpisana na Listę UNESCO Cerkiew w Radrużu.

Następnie wsiedliśmy na rowery i trzymając się śladu Green Velo, jechaliśmy przez kolejne miejscowości. Po drodze mijaliśmy przydrożne krzyże i kapliczki, a szczególnie w oko wpadły nam dwa takie obiekty w miejscowości Huta Krysztalowa – przypadkiem ich nie przeoczcie! Ponadto między kapliczkami a MORem, po obu stronach drogi, skrywają się bunkry Linii Mołotowa – my je przejechaliśmy, ale może Wam uda się je odszukać

Rok 1848. Czyżby krzyż pańszczyźniany?

Klimat z ,,Watahy” na Green Velo

Za Hutą Kryształowa zaczęła się mocno leśna trasa, która bliżej Krowicy weszła w pełni w las. To chyba w ogóle drogi wyłączone z ruchu samochodowego, ale doskonale wyasfaltowane – korzysta z nich straż pilnująca granicy z Ukrainą. Dzięki temu można naprawdę gładko ,,cisnąć” wzdłuż zieleni i to zupełnie bezpiecznie. 

Mówiąc o bezpieczeństwie, mamy na myśli nie tylko dobrą nawierzchnię i brak ruchu drogowego, ale również bacznie obserwujących nas pograniczników…  Jednego ledwie dnia mijaliśmy trzy jednostki straży zbunkrowane po krzakach, a nawet zatrzymano nas na małe ,,spytki”. Kto oglądał serial ,,Wataha”, ten totalnie mógł w każdej chwili spodziewać się Wiktora Rebrowa :). Na szczęście nasz małopolski akcent 😉 szybko zdradził nasze pochodzenie, więc rozmowa przesadnie się nie przeciągała. 

Tak sunąc między lasami, dotarliśmy do wybudowanej w XIX wieku, ale opuszczonej od 1947 roku cerkwi w Wólce Żmijowskiej. Mrok, strugi deszczu i pogrzmiewania rozpętującej się nad nami burzy dodawały temu miejscu tajemniczości… ale i lekkiego niepokoju o los tego zabytkowego obiektu.

Zachmurzone niebo i deszcz potęgowały tajemniczość tego miejsca.

Wielkie Oczy

Raptem kilka kilometrów dalej przywitała nas wieś Wielkie Oczy – po Swornegaciach to pewnie najczęściej obżartowywana miejsowość w kraju ;). Cóż, musimy rozczarować – nikt tu się na nikogo oczu nie wyłupiał, a nazwa pochodzi prawdopodobnie od wielkich stawów, które mogły się tu kiedyś znajdować. W sumie biorąc pod uwagę, że do dziś mówi się o ,,oczku” wodnym,  może być w tym ziarnko prawdy. 

Ale my nie o stawach – do Wielkich Oczu warto przyjechać, żeby w jednym miejscu zobaczyć wspomnianą już wcześniej wielokulturowość Roztocza Wschodniego – cerkiew, synagoga i kościół. W Wielkich Oczach można osiągnąć najdalszy punkt wycieczki i na spokojnie wracać po swoich śladach do Horyńca-Zdroju.

Cerkiew szachulcowa w Wielkich Oczach.
Odnowiony budynek synagogi. Piękny przykład upamiętnienia dawnych mieszkańców. Działa tu lokalna biblioteka.

Cerkiew w Chotyńcu

Dla najbardziej wytrwałych mamy propozycję wydłużenia wyprawy o jeszcze jedno miejsce – cerkiew w Chotyńcu. Przyznajemy, trochę drogi trzeba będzie nadłożyć, ale jeśli potraktować to jako ciekawe sportowe wyzwanie, to może warto? Co prawda wyjechaliśmy tu już z lasów i dalej przemieszczaliśmy się głównie polnymi drogami, ale ciągle poruszaliśmy się z dala od ruchliwych szos, płynnie przejeżdżając nad autostradą specjalnymi mostkami. 

Ciekawy przystanek czekał nas w miejscowości Młyny – tam zachowała się cerkiew Opieki Matki Bożej z XVII/XVIII wieku, a obok niej mauzoleum Michała Werbyckiego – autora muzyki ukraińskiego hymnu narodowego. To popularne miejsce ukraińskich wizyt i wycieczek. Poza tym – cisza, spokój i sielskie krajobrazy. Dla jednych nuda, dla innych pełen relaks – wybór pozostawiamy Wam.

Cerkiew w Młynach. Tuż obok znajduje się mauzoleum Michała Werbyckiego.
Gąsiorek wypatruje ofiary… które nadziewa na druty i ciernie…
Podziwiając co chwilę takie widoki trudno bić rowerowe rekordy.

Sama cerkiew w Chotyńcu to jedna z cerkwi południowej Polski wpisana na Listę UNESCO i znajdująca się na Podkarpackim Szlaku Architektury Drewnianej (pisaliśmy już o Małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej). To jedna z najstarszych cerkwi w regionie – datuje się ją na XVII wiek. No i jest po prostu piękna! Z resztą zobaczcie sami.

I to byłby najdalej wysunięty na południe punkt naszej wycieczki – z niego wracamy z powrotem do Horyńca-Zdroju. Ta sama trasa, dobre oznakowanie, przyjemna, zielona trasa i hyc, do domu!

Długość trasy (w jedną stronę!):

  • do Wielkich Oczu 35 km
  • do Chotyńca 58 km

Trudność: łatwa- do Wielkich Oczu również dla szosy, między Chotyńcem a Wielkimi Oczami odcinek szutrowy, ale być może można pojechać alternatywnie szlakiem niebieskim.

Wpisana na Listę UNESCO Cerkiew w Chotyńcu.

Trasa 2. W poszukiwaniu bunkrów Linii Mołotowa

Tę trasę wytyczyliśmy z myślą o dojechaniu do Wielkiego Działu, jednego ze skupisk bunkrów na Roztoczu Wschodnim, licząc na moc dodatkowych atrakcji po drodze. Zaczęliśmy z Horyńca i skierowaliśmy się w stronę Nowin Horynieckich. Wybraliśmy trasę przez las, zdecydowanie bardziej na rower terenowy, ale do Nowin można również dojechać eleganckim asfaltem. 

Cudowne źródełko i tajemnicze kamienie w Nowinach Horynieckich

W Nowinach zatrzymaliśmy się chwilę przy malowniczo położonej kapliczce św. Antoniego z Padwy, a następnie, może ciut dla balansu, ruszyliśmy przez las w poszukiwaniu tajemniczej… Świątyni Słońca. Być może będziecie musieli trochę poszukać w leśnym gąszczu tego nietypowego miejsca kultu – ale przecież na tym polega zabawa ;). 

Źródełko i Kaplica Leśna w Nowinych Horynieckich.
Tajemniczy kamień…

Pozostając w temacie świątyń, obraliśmy kierunek na tajemnicze cerkwisko w Dziewięcierzu (Moczarach), praktycznie na samej granicy Polski. Aby tam dojechać, popedałowaliśmy kawałek przez wzniesienia i doliny w okolicy Słotwiny, mijając m.in. rezerwat Sołokija. Dawniej mieszkali tu ludzie i wypasano zwierzęta, jednak po zawirowaniach historycznych przyroda odzyskała to miejsce dla siebie. 

Jadąc w stronę granicy z Ukrainą, mijaliśmy pojedyncze gospodarstwa, ale i te właściwie skończyły się, gdy skręciliśmy do Dziewięcierza. Wjechaliśmy na drogę numer 867 biegnącą wzdłuż granicy z Ukrainą, mijając tylko łąki, lasy i moczary. 

Dorosły mrówkolew? Ktoś się zna na owadach?

Cmentarz i tajemnicze cerkwisko w Dziewięcierzu Moczarach

Przy kolejnych zabudowaniach odbiliśmy na wschód i po pokonaniu kilometra boczną drogą naszym oczom ukazał się cmentarz. Tak dużych nekropoli nie lokowano z dala od wsi, więc kiedyś musiała tu być zwarta wiejska zabudowa. 

Dziś cmentarz wygląda trochę jakby ktoś przez przypadek zrzucił go w tym miejscu, ale nie jest to kompletnie zapomniane miejsce – zauważyliśmy kilka nowszych pochówków… Na jego tyłach znaleźliśmy wspomniane cerkwisko – mocno zarośnięte, ale absolutnie fascynujące. Widać było wyraźnie fundamenty cerkwi oraz wnęki po kapliczkach przylegających do cerkiewnego murku. A za murkiem – totalna dzikość wokół rzeczki i raptem kilkadziesiąt metrów do granicy z Ukrainą. Podobno gdzieś za rzeką jest ładna kapliczka, ale baliśmy się szukać w obawie przed przekroczeniem granicy. Do Dziewięcierza zajrzyjcie koniecznie!

Cerkwisko w Dziewięcierzu.

Werchrata i cerkiew w Prusiu

Następnie podjechaliśmy do Werchraty z małą odbitką do cerkiewki w Prusiu. Miła dziewczyna otworzyła nam nawet drzwi do świątyni, chcąc najwyraźniej docenić fatygę turystów-rowerzystów. Zgadujemy, że nawet ci zmotoryzowani w tym miejscu to nieczęsty widok :). Przy okazji dowiedzieliśmy się kilku ciekawostek o dzwonnicy – podobno, gdy biją dzwony, konstrukcja niebezpiecznie się rusza i dość często tańczy na wietrze…

W samej Werchracie dobrze jest rzucić okiem na cerkiew św. Jerzego – tym razem dość nowoczesną i murowaną, którą wybudowano w 1910 roku, zastępując nią drewnianą budowlę. Tu również znajdziecie kolejny, nieduży cmentarz z czasów I wojny światowej oraz jeden z nielicznych na naszej trasie sklepów – tak, mają lody ;).

Wnętrze Cerkwii w Prusiu.

Tajemnicze Wzgórze Monastyr

Z Werchraty ruszyliśmy w stronę bunkrów – wszak to ich tropienie było naszym celem. Fajna leśna ścieżka doprowadziła nas na wzniesienie koło Wielkiego Goraju, ale my, jak to my… Wymyśliliśmy sobie jeszcze odwiedzenie miejsca oznaczonego na mapie jako Monastyr – czyli dawnego klasztoru bazylianów oraz późniejszej pustelni i miejsca rezydencji św. Brata Alberta. I choć z wygodnego asfaltu musieliśmy przesiąść się na rozorany przez wycinkę drzewa gliniasty dukt, nie żałowaliśmy. 

To skryte w lesie miejsce było naprawdę tajemnicze – wysokie trawy i kwiaty porastały klasztorne ruiny i zabezpieczone kratami podziemia dawnej cerkwi, a bzyczenie tysięcy owadów i śpiew ptaków kontrastował z ciszą zadumy nad mogiłami żołnierzy poległych w czasie I wojny światowej. Polecamy poczytać co nieco o postaci brata Alberta – powstańca styczniowego, który po latach zamienił mundur na habit i założył zakon Albertynów. 

Wzgórze Monastyr.

Gdzie te bunkry?

Po tym małym przystanku już naprawdę-naprawdę chcieliśmy dojechać do bunkrów, tym bardziej że dzień powoli się kończył. A przecież byliśmy już tak blisko – i rzeczywiście, po kilkuset metrach zjazdu napotkaliśmy pierwszy z nich. O mały włos przejechalibyśmy obok, ale naszą czujność zwróciła wydeptana leśna ścieżka. Niestety często obiekty militarne nie są dobrze opisane i nie udawało nam się znaleźć każdego, który widniał na mapie. Ten jednak prezentował się elegancko – mogliśmy go obejść i przez kraty zajrzeć do środka. Podobnie było z kolejnym –  oczy Tomka aż błyszczały, gdy wyobrażał sobie, jaki zamysł mogli mieć budowniczowie i jak w zamiarze miały te obiekty ze sobą współdziałać. Dziś okolicę porasta gęsty las, trudniej więc wyobrazić sobie puste przedpola.

Bunkier Linii Mołotowa.

Gdy już Tomek zaspokoił swoje militarne potrzeby, mogliśmy na spokojnie zacząć wracać do Horyńca -Zdroju. Jechaliśmy powoli przed siebie, oglądając się na wiejskie krajobrazy i namiętnie fotografując kolejne krzyże bruśnieńskie stojące w tak pięknym otoczeniu. Przejechaliśmy jeszcze przez Wolę Wielką, gdzie ze smutkiem uwieczniliśmy aparatem rozpadającą się drewnianą cerkiew otoczoną bruśnieńskimi krzyżami. Mamy nadzieję, że to nie było jedno z ostatnich zdjęć dokumentujących ten zabytkowy obiekt…

Cerkiew w Woli Wielkiej.

Po kilkudziesięciu minutach złapaliśmy szlak Green Velo i powoli sunęliśmy nim do domu, zatrzymując się jeszcze w Hucie-Złomy przy charakterystycznej ławeczce Green-Velo – dołączy do podobnych fotografii z ławeczki w Sandomierzu. Mijała godzina 21, łąki zasnuły się mgłami, a zachodzące słońce oświetlało sarny, nieśmiało wychodzące na żer. Tak zupełnie zwyczajnie, a tak pięknie…  

Długość: xxx kilometrów

Trudność: Średnia. Kilka podjazdów, kilka grząskich momentów, jedno sprowadzenie roweru. 

Ławeczka Green Velo w Hucie-Złomy.

Trasa nr 3. Śladami roztoczańskich krzyży

Nowy dzień, nowa przygoda! Nie tracąc czasu, ruszyliśmy z rana w stronę Podemszczyzny, podążając raczej mało uczęszczaną drogą nr 867, a potem w stronę Rudki. Pierwszym przystankiem na naszej drodze był skryty w lesie, ale bardzo malowniczy cmentarz koło Podemszczyzny. Kamienne krzyże i nagrobki stoją na niewielkim wzniesieniu, otoczonym rozlewiskami, z których roznosił się donośny rechot żab. A wszystko to w zaciszu lasu – no w takim miejscu moglibyśmy czekać na wieczność…

Zaraz za cmentarzem czekały na nas kolejne sowieckie bunkry. Znów – niełatwo jest do nich trafić, gdyż pochowane są w lesie lub leśnych zagajnikach. Mimo tego, warto tam zajrzeć, bo w przeciwieństwie do wcześniej odwiedzonych obiektów, te opatrzono w tablice informacyjne przedstawiające krótki rys historyczny i technikalia każdego bunkra.

Nam udało się znaleźć trzy, ale według mapy kolejne mogły skrywać się w lesie – dajcie znać, jeśli je znajdziecie :). Przepiękne, puste łąki pozwoliły nam letnio się rozmarzyć, ale mijany w Rudce pomnik przypomniał nam, skąd wzięła się ta przestrzeń – tę wieś zniszczyła UPA…

Przydrożny krzyż bruśnieński.

Cmentarz i cerkiew w Nowym Bruśnie

Stąd dojechaliśmy do Nowego Brusna, gdzie zatrzymaliśmy się przy ładnie odnowionej cerkwi. Jeszcze na niedawnych zdjęciach wyglądała bardzo nieciekawie, ale teraz, po remoncie, prezentuje się bardzo świeżo. Niestety wnętrze jest puste, ale nie ma tego złego – to pozwala dobrze przyjrzeć się ciekawej bryle cerkwi. Dobrze też podziwiać ją z oddali – np. ze ścieżki wiodącej do pobliskiego cmentarza. Na nim znajduje się wiele przykładów kamieniarki bruśnieńskich – zarówno tej prostej, jak i bardzo wysublimowanej. Koniecznie tu zajrzyjcie!

Cerkiew w Noweym Bruśnie.
Cemtnarz w Nowym Bruśnie.

Stare Brusno

A jeśli interesują Was te ,,kamienie”, to już na pewno ucieszy Was wizyta w Starym Bruśnie – sercu bruśnieńskiego rzemiosła. Problem z tym, że miejscowość już nie istnieje, ale ostał się… cmentarz właśnie. Wystarczy zejść w głąb lasu malowniczą ścieżką, żeby nagle dostrzec ogromny cmentarz z około 300 nagrobkami. Za cmentarzem znajdziemy jeszcze ruiny stojącej tam kiedyś cerkwi. Poza zachwycaniem się kamieniarką, to okazja do chwili zadumy. Jaka musiała być wieś, która przez setki lat doczekała się tak ogromnego cmentarza – jedynego dziś po niej śladu… 

Skryty w lesie cmentarz w Starym Bruśnie.

Ochłoda przy “wodospadzie”

Na pamiątki po minionym życiu natrafiliśmy, podążając dalej bruśnieńska doliną w poszukiwaniu ,,wodospadu”. W 30-stopniowym upale marzyliśmy o tym, żeby chociaż przez chwilę znaleźć się w pobliżu jakiejś wody. Wodospad okazał się być pozostałością po młynie – aby takowy mógł funkcjonować, na rzeczce Bruśniańce specjalnie zbudowano kamienny próg, piętrzący wodę. Dziś przyroda znów urządza sobie to miejsce po swojemu, a co odważniejsi turyści moczą nogi lub kąpią się w niewielkiej niecce. Z tej przyjemności skorzystaliśmy i my – a co!

U źródeł roztoczańskiej Tanwi

Odświeżeni, ruszyliśmy dalej – kusił nas rezerwat przyrody Źródła Tanwi. O Szumach na Tanwi w Roztoczu Środkowym słyszało pewnie wielu, ale o jej źródłach? Musieliśmy je sprawdzić i porównać do naszych wspomnień. Cóż, z pewnością są to dwa zupełnie odmienne w charakterze miejsca. Źródła Tanwi to bardziej torfowisko, które można obejść po specjalnie wytyczonej ścieżce. Kto liczy na kąpiele, obejdzie się ze smakiem, ale dla miłośnika ciszy i spokoju może być to przyjemny spacer.

Spotkanie w drodze do rezerwatu.

Krzyż Wittmanna 

Dzień dobiegał końca i czas było wracać do Horyńca-Zdroju, jednak dla odmiany, zamiast Green Velo, wybraliśmy czerwony szlak rowerowy. Jaka miła niespodzianka na koniec dnia! Choć pierwszy odcinek okazał się trochę piaszczysty, szybko wyjechaliśmy na betonowe płyty, które prowadziły nas polami – w złotej godzinie. Niezwykle malowniczo! A na deser czekał zjazd lasem prawie do samego Horyńca-Zdroju – ale z jedną ważną przerwą!

Udało nam się bowiem odszukać krzyż Wittmanna – oficera, poległego w tych stronach w czasie I wojny światowej. Zrozpaczona matka, której Wielka Wojna zabrała trzeciego i ostatniego już syna, przejechała pół Europy aby wzruszającym pomnikiem uczcić pamięć poległego. Takie mikro-historie to coś, co trwale zapada nam w pamięć. 

Długość: 37 kilometrów

Trudność: Łatwa

Krzyż Alfreda Wittmanna.

Trasa nr 4. Rowerem do Lubaczowa

Trasa na pożegnanie

Tu może słowo o trasach rowerowych Ziemi Lubaczowskiej, których po okolicy wytyczono kilka, a trzy z nich przebiegają również przez Horyniec-Zdrój. Wracając do Jarosławia, postanowiliśmy wypróbować niebieski szlak rowerowy, który po pętli prowadzi do Lubaczowa, po czym wraca do Horyńca. Nie możemy co prawda wypowiedzieć się o całej pętli, ale jeśli jej druga połowa jest równie dobrze oznaczona, co pierwsza –  będzie fajnie!

Droga na Lubaczów.

Zaraz za Horyńcem-Zdrojem trasa wywiodła nas w leśne ostępy, które, pokonywane po nocnej ulewie, okazały się małym błotnistym wyzwaniem :). Gdyby nie komary pewnie rozkoszowalibyśmy się tą jazdą na spokojnie, jednak uporczywe bzykanie motywowało do ciągłej jazdy. Małą przerwę zrobiliśmy przy kolorowych leśnych ulach, przy których zrozumieliśmy, że skala bzykania może być zdecydowanie wyższa… 😉

Podlesie i kolonizacja józefińska

Na wysokości Baszni chętnie wyjechaliśmy z lasu aby dalej sunąć już asfaltem. Trasa prowadziła nas jak po sznurku, wyraźnie oznaczając każdy skręt i zachęcając do postoju przy tablicach informacyjnych. Taki postój zdecydowaliśmy sobie zrobić w miejscowości Podlesieciekawym przykładzie tzw. ,,kolonizacji józefińskiej” na tych terenach. Kolonizatorzy byli przeważnie wyznania ewangelickiego, stąd też w Podlesiu do zobaczenia są pastorówka i stary ewangelicki cmentarz – oba miejsca dobrze utrzymane i zadbane.

Cmentarz ewangelicki w Polesiu.

Lubaczów

Po tej wizycie ruszyliśmy dalej w stronę Baszni, zastanawiając się, czy trasa nie poprowadzi nas główną drogą do Lubaczowa. I tu, fajna niespodzianka, bo szlak wywiódł nas… w pole! Bynajmniej nie mieliśmy mu tego za złe, ba, nawet wybaczyliśmy nawierzchnię z betonowych płyt. Ze szczytu wzgórza roztaczał się bowiem widok na cztery strony Ziemi Lubaczowskiej. Aż ciut przykro się zrobiło, że zwiastował on koniec naszej wycieczki. 

Niewiele później dotarliśmy do Lubaczowa, gdzie zahaczyliśmy o Muzeum Kresów Wschodnich. To chyba propozycja tylko dla zapalonych regionalistów – wystawa traktowała bardziej o ziemi lubaczowskiej i ogólnym ,,życiu wiejskim” niż rzeczywiście o Kresach. W Lubaczowie wypiliśmy jeszcze kawę na ryneczku, cyknęliśmy pamiątkowe zdjęcie z wojem Lubaczem i przez kolejne łagodne wzniesienia pomknęliśmy wprost do Jarosławia. Szlak niebieski, jednakże, zatacza w Lubaczowie pętlę i inną drogą wraca do Horyńca-Zdroju. Dajcie znać, jeśli przejedziecie całość!

Muzeum Kresów w Lubaczowie.
Cmentarz ewangelicki w Lubaczowie.
Nagrobek na cmentarzu w Lubaczowie.

Odcinek Lubaczów – Jarosław

Podczas naszego pobytu pociągi z Horyńca nie kursowały ze względu na remont torów, więc musieliśmy rowerami podjechać do Jarosławia. W międzyczasie połączenie przywrócono, można więc poradzić sobie bez tego odcinka. Gdyby ktoś chciał jednak podążać dokładnie naszymi śladami, to na tym ostatnim odcinku może spodziewać się kilku ciekawych zabytków, głównie dawnych cerkwi.

Długość trasy: 77 km

Trudność: prosta, ale nie na rower szosowy ze względu na jeden leśny kawałek

Cerkwisko w Opace.
Dawna cerkiew w Szczutkowie.
Krzyż pańszczyźniany.

Mapa tras rowerowych po Roztoczu Wschodnim i Ziemi Lubaczowskiej

Roztocze Wschodnie rowerem – praktycznie

Zaopatrzenie: Ważna wskazówka dla wszystkich miłośników rowerowych wycieczek – koniecznie zaopatrzcie się w wodę i jedzenie. Ten  skrawek Polski to prawdziwe odludzie i nie spotkacie po drodze zbyt wielu sklepów, więc miejcie to na uwadze :). Bądźcie mądrzejsi od nas, by w desperacji nie szukać wody do ugaszenia pragnienia;).  

Dojazd: Do Horyńca-Zdroju dotrzecie pociągiem – lokalne połączenie wznowiono ostatnio po remoncie. Najlepiej będzie kierować się na Przemyśl lub Jarosław (na tej trasie PKP oferuje sporo miejsca na rowery) i tam przesiąść się do lokalnego pociągu.

Opactwo Benedyktynek w Jarosławiu otoczone murem z basztami.

Nocleg: Naszą bazą noclegową był Horyniec-Zdrój, o którym możecie więcej przeczytać we wpisie o Atrakcjach Roztocza Wschodniego. Uprzedzamy, że na Bookingu nie znaleźliśmy zbyt wielu opcji noclegowych (być może częściowo również przez pandemię), polecamy więc rezerwować nocleg z wyprzedzeniem.

Psst! Jeśli będziecie rezerwować nocleg przez Booking, będzie nam miło, jeśli dokonacie rezerwacji przez nasz link – Wasza cena się nie zmieni, a Booking podzieli się z nami swoją marżą. Dziękujęmy!

Jeśli masz jakieś wskazówki lub chesz podzielić się swoimi wrażeniami, czekamy na komanatrze, na pewno przydadzą się nie tylko nam.

Dodaj komentarz