Trasa rowerowa R10, czyli rowerem wzdłuż wybrzeża Bałtyku

Morza szum, ptaków śpiew, rower z sakwą pośród drzew…

Tak mniej więcej wyobrażaliśmy sobie wycieczkę wzdłuż wybrzeża Bałtyku, o której marzyliśmy już dobrych kilka lat. Najpierw nabraliśmy wprawy w wycieczkach rowerowych, potem okazało się, że plany zawodowe nie pozwoliły na dodatkowy urlop, ba, nawet w tym roku długo pozostawało niepewnym, czy aby ten śmiały pomysł uda się zrealizować. Jednak w pewnym momencie stwierdziliśmy, że musimy to zrobić TERAZ i tak padło na ostatni tydzień sierpnia. Dzięki temu, że sezon powoli dobiegał już końca, nie tylko łatwiej było znaleźć nocleg na jedną noc, ale przede wszystkim udało się uniknąć tłumów wczasowiczów. I chyba dzięki temu nasza relacja z Bałtykiem mogła być bardziej ,,intymna” ;).

Oś naszej wycieczki stanowiła trasa rowerowa R10, jednak nie trzymaliśmy się jej cały czas – szczególnie w miejscach, w których odchodziła od morza. Przed wyjazdem czytaliśmy sporo opinii ludzi, którzy narzekali na R10, pisząc, że momentami prowadzi dziwnymi drogami, właściwie nie wiedzie przy morzu i jest męcząca dla rowerzystów z sakwami. Sprawdziliśmy, porównaliśmy i o tym, czy warto wybrać R10, piszemy na końcu artykułu.

Tak wyglądała nasza trasa w praktyce: 480 kilometrów (a z gubieniem się pewnie nawet i więcej :P) przejechanych właściwie w 6 dni i kilka dodatkowych na zwiedzanie. Można szybciej, nie oglądając, można wolniej, zatrzymując się na każdej dzikiej plaży. Z racji tego, że jednak większość trasy jest utwardzona, da się jechać zdrowym tempem. Warto tylko wziąć poprawkę na leśne i bagienne rejony, które niekiedy pokonywaliśmy w żółwim tempie.

Spis treści ukryj
Palcem po piasku…

Dzień 1: Świnoujście – Międzyzdroje: 27km

Jedziemy nad morze! Pociągiem!

Czy wiecie, że… najdłuższe połączenie kolejowe w kraju to trasa Przemyśl-Świnoujście, której pokonanie (ponad 1000 km), wraz z 39 postojami, zajmuje ponad 14 godzin? Tak, tak, dobrze kombinujecie – właśnie tę relację wybraliśmy, choć raptem ,,tylko” z Krakowa. Kiedy więc nasz pociąg w końcu wtoczył się na nadmorski peron, byliśmy po prawie 12 godzinach podróży… O przewożeniu rowerów pociągami można by pisać długo i namiętnie, dość na tym, że w sumie był to jedyny sposób aby z jednośladami dostać się pod niemiecką granicę. Już przy wysiadaniu poczuliśmy charakterystyczny zapach morza w powietrzu, nie myśleliśmy jednak, że nasz ,,kontakt” z wodą zacznie się tak szybko. A w sumie to przecież centrum Świnoujścia leży na Wyspie Uznam i dlatego już z samego dworca kolejowego przyszło nam przeprawić się na drugą stronę Świny. P.S. O wrażeniach i atrakcjach samego Świnoujścia napiszemy osobno!

Na wschód wzdłuż Bałtyku! Tam musi być jakaś cywilizacja!

Podjechaliśmy do niemieckiej granicy aby w tym symbolicznym miejscu zacząć naszą wyprawę i ,,oficjalnie” wyruszyć na wschód. Tam przecież ,,musi być jakaś cywilizacja” ;). Ewentualny jej brak w sumie by nam też nie przeszkadzał… Zanim opuściliśmy Świnoujście, zahaczyliśmy jeszcze m.in. o pierwszą na naszej trasie latarnię morską – pierwszą i jednocześnie najwyższą ze wszystkich 15 nadbałtyckich. Zapraszamy do relacji ze Szlaku Latarni Morskich Polskiego Wybrzeża.

Świnoujście – przygodę zacząć czas!
Niemiecko-polska granica: kiedyś pełna zasieków, dziś idealny teren do rekreacji. Zaczynamy!

Chrzest morski

Już przy latarni złapaliśmy zieloną trasę rowerową R10,  oznaczenie międzynarodowego szlaku prowadzącego wzdłuż całego wybrzeża Bałtyku (łączna długość to aż 8539 km!). Niestety już na wstępie dane nam było posmakować zmiennej nadmorskiej pogody (która jednak przez cały wyjazd nie była znów taka najgorsza) – ledwie odjechaliśmy od latarni morskiej i niczym ze słów znanej szanty ,,z zasłony ołowianych chmur ulewa spadła nagle”. ,,Żagli” nam szczęśliwie fala nie zmiotła, ale leśna piaszczysta trasa zamieniła się w błoto, które po kilku kilometrach mieliśmy właściwie wszędzie… Potraktowaliśmy to jako ,,chrzest morski” i wytrwale, choć trochę ślamazarnie, dążyliśmy do celu – pobliskich Międzyzdrojów.

Oczywiście gdy tylko ściana lasu zaczęła się przerzedzać, a na horyzoncie pojawiły się pierwsze budynki… deszcz przestał padać. Dzięki temu kilka kilometrów przez Międzyzdrojami mogliśmy napawać się widokiem zupełnie pustej plaży, nad którą przez już te przyjazne, białe kłębki chmur, powoli prześwitywało słońce. Na spokojnie dojechaliśmy do bazy i udaliśmy się na malowniczy zachód słońca, zgodnie przyznając, że chyba zaczyna nam się jakaś naprawdę fajna wycieczka…

Na pusty kadr przyszło trochę poczekać…

Międzyzdroje – gwiazdorski kurort

Międzyzdroje znane są głównie z mola, Alei Gwiazd i pomników znanych artystów, którzy chętnie przyjeżdżali do miejscowości odpocząć. Na nas niestety to miejsce piorunującego wrażenia nie zrobiło- było tłoczne, kolorowe i jarmarczne, ale trzeba przyznać że długo tu nie gościliśmy, więc może kiedyś po sezonie warto by dać Międzyzdrojom szansę. Niestety w ciągu sezonu trzeba liczyć się z zatłoczonymi plażami… Kto ma ochotę na romantyczny spacer, może przejść się po molo, z którego również regularnie odpływają wycieczkowce do Świnoujścia, Kołobrzegu i Niemiec. Wieczorem polecamy pospacerować po parku, szczególnie jeśli właśnie w parkowej Piano Cafe odbywa się gościnny koncert, a delikatne brzmienie pianina roznosi się po okolicy…

Bywa i tak: deszczowy przejazd na ,,dobre” rozpoczęcie przygody…
Po każdym deszczu wyjdzie słonce!
Aleja Gwiazd w Międzyzdrojach
Kutry na zdjęciach zawsze wychodzą malowniczo.
Poranne morskie fale.

Dzień 2: Międzyzdroje-Kołobrzeg

Prastare grodzisko i II wojna światowa

Poranek zaczęliśmy od spokojnego spaceru wzdłuż plaży aż do punktu widokowego na Kawczej Górze i najbliższego z miejscowości z Międzyzdrojów wejścia do Wolińskiego Parku Narodowego. Wdrapaliśmy się na chwilę na ten znany klif aby z góry spojrzeć na pustą o poranku plażę. Przy dobrej widoczności widać z platformy nawet niemieckie porty, a przy każdej widoczności –  niekończącą się toń Bałtyku. To jeden z kilku punktów widokowych zaznaczonych na naszej mapie – do następnego zaczęliśmy pedałować tuż po śniadaniu.

Celem był Lubin, z tarasem widokowym na miejscu dawnego grodziska. Po drodze minęliśmy jeszcze pozostałości niemieckiej wyrzutni testowej rakiet (Tomek nie mógł odmówić sobie szybkiej fotki) i już po kilku kilometrach meldowaliśmy się u celu. Jeśli tylko możecie, koniecznie zajrzyjcie do tej niepozornej miejscowości! Po pierwsze ze względu na historię grodziska, które wzniesiono tu w X-XI wieku. To właśnie tu odkryto najstarsze relikty kościoła na Pomorzu! Podczas prac archeologicznych udało się również trafić na skarb z 951 z setkami arabskich monet… Po drugie z miejsca rozciąga się fantastyczny widok na Zalew Szczeciński i jezioro Wicko Wielkie, który można podziwiać, popijając kawkę w niewielkiej kawiarni. Widok był tym bardziej ciekawy, że przed nami rozciągało się 41 wysp, które są ulubionym miejscem bytowania wielu gatunków ptaków.

To tu produkowano elementy do słynnej V3
Kawka z widokiem na Zalew Szczeciński
Widok na wyspy w Wolińskim Parku Narodowym
Widok na wyspy Wolińskiego Parku Narodowego

Zaraz za Lubinem przeskoczyliśmy na szlak pieszy aby udać się do punktu widokowego na Wzgórzu Zielonka, który oferuje panoramę na okolicę (co prawda przydałaby się jakaś wieża widokowa, gdyż roślinność sporo zasłania…). Kolejne na szlaku było Turkusowe Jeziorko, na które najlepszy widok roztacza się z Piaskowej Góry. Do jeziorka doprowadziła nas droga przez las i choć trasa jest zdecydowanie piesza, niektóre fragmenty byliśmy w stanie pokonać na dwóch kółkach. Jeziorko podziwialiśmy ze wspomnianego wzgórza, dzięki czemu doskonale widzieliśmy turkusowy odcień wody. I może nie był to widok równie spektakularny, co Kolorowe Jeziorka w dolnośląskim czy  krakowski Zakrzówek, turkusowa woda w prześwicie drzew prezentowała się całkiem ładnie.

Prawdziwie turkusowa woda!
Woliński Park Narodowy idealnie nadaje się na rowerowe eksploracje

W Wolińskim Park Narodowym: morze, jeziora i lasy

Następnie leśnymi drogami jechaliśmy niespiesznie Wolińskim Parkiem Narodowym, ciesząc się pierwszymi ,,porządnymi” nadmorskimi kilometrami. Woliński Park Narodowy został założony w 1960 roku jako pierwszy morski park narodowy w Polsce. Chroni nie tylko przyrodę wzniesień moreny czołowej, ale również wspomniane wysepki na delcie Świny i polodowcowe jeziorka, jak to w Wisełce- do której właśnie dopedałowaliśmy.

Wisełka jest swoją drogą miejscem dość ciekawym, bo położonym zarówno nad małym jeziorkiem, idealnym miejscem do uprawiania sportów wodnych, jak i w bliskości morza. Jednak w to miejsce bardziej niż urocze jeziorko przyciągała nas kolejna latarnia morska do obejrzenia, o dość zabawnej nazwie ,,Kikut”. Po paru kilometrach wyboistej, lesistej drogi, zmuszeni byliśmy zaparkować rowery przed wzgórzem, na którym wznosi się latarnia, i udać się do niej pieszo. Niestety Kikut, latarnia w pełni zautomatyzowana, nie jest udostępniana do zwiedzenia, więc nie pozostało nam nic innego jak zrobić kilka pamiątkowych zdjęciach i wrócić na trasę. Z perspektywy całej, pokonanej trasy możemy powiedzieć, że była to najciężej dostępna ze wszystkich latarni na trasie, więc nie zdziwiło nas, że zdecydowano się ją zautomatyzować – komu by się tyle chciało chodzić do pracy ;).

I tak by tylko jechać i jechać…

Trzęsacz: ruiny kościoła na plaży

Czas powoli zaczynał nas naglić, a nocleg oczekiwał dopiero w Kołobrzegu, więc czym prędzej przesiedliśmy się na asfalt, którym pomknęliśmy do Międzywodzia i Dziwnowa. Choć po drodze zajrzeliśmy jeszcze na plażę, szybko okazało się jasne, że jeśli nie wrzucimy na ,,szybszy bieg”, możemy nie dojechać przed nocą do Kołobrzegu. Dlatego zamiast rowerowego szlaku R10 wybraliśmy szybszą opcję asfaltu- szczęśliwie ruch odbywał się właściwie wyłącznie w przeciwnym kierunku, bo turyści wyjeżdżali już z nad morza. Od Łukęcina jechaliśmy świeżo przygotowaną niezwykle szeroką asfaltówką- mamy nadzieję, że zmieści się tam również wymalowana osobno ścieżka rowerowa! ,,Cisnęliśmy” tak aż do Trzęsacza, w którym zatrzymaliśmy się przy ciekawych ruinach zniszczonego przez morze kościoła.

To ruiny XV-wiecznego kościoła, który wzniesiono 2 kilometry od morza- była to podobno jedna z najokazalszych świątyń w okolicy. Linia brzegowa ulegała jednak zmianie, a morze stopniowo podmywało klif, na którym osadzono budynek. W 1874 odbyło się ostatnie nabożeństwo, a w 1900 zapadła się spora część świątyni… Dziś ostatnia ściana kościoła przypomina o sile morskiego żywiołu…

W stronę Rewala i Niechorza mogliśmy cieszyć się już porządnymi ścieżkami rowerowymi – z resztą złapaliśmy z powrotem trasę R10 i już trochę spokojniej, z zapasem ,,nabitych” kilometrów, pedałowaliśmy do latarni w miejscowości Niechorze.

Pięknie i nawet całkiem pusto….
Ruiny kościoła w Trzęsaczu przypominają o niszczycielskiej sile morskiego żywiołu…

W domku latarnika

Latarania w Niechorze to chyba najpiękniejsza z latarni, które spotkaliśmy w trakcie całej wycieczki- z resztą przyznajcie sami, że wraz z domkiem latarnika i małym ogródkiem robi bardzo miłe wrażenie. Żwawo wdrapaliśmy się na jej szczyt, skąd roztacza się piękny widok na wybrzeże Bałtyku. Przy okazji trochę przeraziła nas odległość, która pozostała nam jeszcze do Kołobrzegu…

Niestety trochę za szybko pochwaliliśmy rowerowe trasy w tej okolicy- kiedy szlak wywiódł nas za Pogorzelicą na wyłożoną kocimi łbami trasę prowadzącą wzdłuż terenów jednostki wojskowej.Przeklinaliśmy tych, którzy wymyślili taki rodzaj nawierzchni, ale pewnie dla wojskowych pojazdów gąsienicowych jest jak znalazł 😉 Rekompensatą trudu był pyszny widok z właściwie pustej plaży z punktu widokowego Pogorzelica-Mrzeżyno. Chętnie przenocowalibyśmy kiedyś na takiej pustej, nietkniętej stopą człowieka piaszczystej plaży… Niestety, musieliśmy dokręcić parę dodatkowych kilometrów by objechać bazę wojskową w Mrzeżynie, która nie była uwzględniona na naszej papierowej mapie ani w Google Maps, ale za to świetnie widać ją w Open Street Maps.

Totalnie dzika plaża. Pustka zupełna.
Latarnia w miejscowości Niechorze wygląda niczym z klocków Lego.

Po ciemku do Kołobrzegu

Robiło się coraz później, a dodatkowo po drodze złapał nas deszcz, wymuszając przerwę techniczną na przebranie się i zabezpieczenie sakw… Małą rekompensatą była piękna podwójna tęcza, w której stronę coraz szybciej pedałowaliśmy. Zmiany pogody zaowocowały również krwistym zachodem słońca w porcie w Dźwirzynie. Jednak z każdym kwadransem robiło się coraz ciemniej i powoli zaczynaliśmy liczyć się z tym, że nie uda nam się dotrzeć do Kołobrzegu… Nagle jednak pojawiła się pozytywna niespodzianka: szlak pokierował nas na idealnie przygotowaną ścieżkę rowerową, poprowadzoną wzdłuż Bałtyku, w tunelu drzew, z odseparowaniem od samochodów i… z oświetleniem! To właściwie nas uratowało! Takiej doskonałej infrastruktury mogłoby Kołobrzegowi pozazdrościć niejedno miasto! Później okazało się, że była to ledwie przystawka do tego, co spotkaliśmy następnego dnia…

Dla takich widoczków warto wyruszyć w trasę!

Dzień 3: Kołobrzeg – Darłówko

Kołobrzeg – Miasto okaleczone przez wojnę

Poranek poświęciliśmy na poznawanie Kołobrzegu, ważnego zachodniopomorskiego portu. Niestety miasto bardzo ucierpiało na skutek działań wojennych (mówi się, że zostało zniszczone w 95%!) i bezpowrotnie straciło swój historyczny charakter. Stare Miasto próbowano odbudować w nawiązaniu do historycznych brył, ale gołym okiem widać, że to współczesne budowle. Spacerując po centrum, natrafiliśmy na dwa ciekawe gotyckie obiekty: na końcu ulicy Gierczak znajduje się kamienica mieszczańska, a przy ul. Duboi baszta lontowa. Uwagę przykuwa też bryłą neogotyckiego ratusza, który zajmuje centralną pozycję w centrum miasta. Aha, zwróćcie uwagę na nietypową rzeźbę ,,współczesnej turystyki”- w sumie dość realistyczna, prawda?

Ratusz w Kołobrzegu.
Wnętrze kołobrzeskiej świątynii

Warto też zajrzeć do kołobrzeskiej bazyliki konkatedralnej. Kościół stał w tym miejscu od XIV wieku, początkowo będąc świątynią katolicką, a potem ewangelicką. Był jednym z najważniejszych punktów w mieście, niestety, w 1945 roku, również punktem obrony. Po wojnie początkowo nie planowano go odbudowywać, a w zamyśle miał on pozostać ,,trwałą ruiną”, przypominającą o wojennych doświadczeniach. W wieży katedry ulokowano nawet… muzeum wojskowe. Jednak w latach 60-tych zdecydowano przywrócić miejscu sakralny charakter i odbudować z ruin. Wizyta w katedrze wywołała w nas dużo emocji- z jednej strony potężna bryła oparta na masywnych kolumnach robi wrażenie nawet na współczesnych, z drugiej zaś widać, jak niewiele zachowało się z oryginalnego, niezwykle bogatego wnętrza. Pojedynczy masywny żeliwny kandelabr, bogato zdobione stele czy zachowany fragment ściennego malowidła dają jedynie mgliste wyobrażenie o tym, jak pięknie musiało kiedyś być w środku świątyni.

Po spacerze w centrum miasta, udaliśmy się jeszcze do kołobrzeskiego portu i dalej w stronę latarni. Okolice kołobrzeskiego molo ostatnio poddano renowacji, a miły deptak w sam raz nadał się na niespieszny spacer.

Widok z molo w Kołobrzegu.
A może rejs statkiem wojennym? Jedyna szansa w Kołobrzegu!

Rowerowa ścieżka wzdłuż Bałtyku ścieżką roku?

Nim się zorientowaliśmy, dochodziło południe, czas więc już było jednak złapać szlak rowerowy R10 i kierować się, naturalnie, na wschód. Już poprzedniego dnia zachwycaliśmy się ścieżką rowerową do Kołobrzegu, jednak ta ,,od” miasta zaskoczyła nas jeszcze bardziej – pod względem atrakcyjności idzie ,,łeb w łeb” z trasami Szlaku Wokół Tatr. Przepiękną rowerową ścieżkę poprowadzono najpierw przez park zdrojowy a potem właściwie ciągle wzdłuż morza, z niesamowitymi widokami na spokojną wodę Bałtyku, jechaliśmy półtorej godziny- głównie dlatego, że co chwilę zatrzymywaliśmy się robić zdjęcia :). Gdyby taki standard udało się utrzymać na całej długości R10, byłby to absolutny rowerowy hit! Co ciekawe, nasi czytelnicy donieśli nam, że to raptem tegoroczna inwestycja rowerowa- trzymamy kciuki za więcej podobnych inicjatyw! Tą  piękną ścieżką dojechaliśmy aż do Ustronia Morskiego, dalej szlak przeszedł w leśną drogę. Jeszcze tylko malownicze ujście rzeczki Czerwona i o to dotarliśmy do latarni w Gąskach.

Trasa R10 koło Kołobrzegu, prowadząca nad samym morzem, cieszyła się sporym zainteresowaniem rowerzystów.

Latarnia morska w Gąskach

Ku naszemu rozczarowaniu, latarnia okazała się zamknięta ze względu na… przerwę obiadową (13-15, pamiętajcie!). A szkoda, bo w sumie wizyta w Gąskach miała być jeden z ciekawszych punktów tego etapu. Cóż, trzeba było obejść się ze smakiem i nacisnąć na pedał, jadąc przez las w stronę Mielna.

,,Na nartach wodnych w Mielnie- kochaj mnie!”- śpiewał w swoim czasie zespół Brathanki, nas jednak Mielno w sobie nie rozkochało. Czuliśmy się przytłoczeni liczbą ludzi i wszelkiego rodzaju gastrobarów, a na dodatek znów zaczął kropić deszcz. Mając więc do wyboru trasę po plaży do Łaz, o której słyszeliśmy, że może wymagać pchania roweru (a z sakwami to raczej na pewno), objazd jeziora Bukowo, wybraliśmy bezpieczną ,,bramkę numer 2”.

Latarnia w Gąskach

Mistrzostwa świata w ścieżkach rowerowych

Był to strzał w dziesiątkę, bo właściwie od Mielna aż do samego Darłówka jechaliśmy prawie wyłącznie ścieżkami rowerowymi. I znów: niektóre odcinki to ewidentnie tegoroczne inwestycje- zachodniopomorskie, robicie to dobrze! Momentami trasy wyglądały nawet nieco abstrakcyjnie- po dwóch stronach ścieżki pola i łąki, droga nierówna, ale asfalt na ścieżce rowerowej pierwszej klasy! Fajnie, bo widzieliśmy, że korzystają z tej infrastruktury nie tylko turyści, ale przede wszystkim mieszkańcy załatwiający na rowerze swoje sprawunki czy dzieci szalejące na rolkach – nowej wiejskiej atrakcji. Można by też pomyśleć o poprawieniu bezpośredniej trasy z Mielna do Łaz – wszak teoretycznie mógłby to być kolejny niezwykle efektowny odcinek szlaku R10…

Taką nowiutką traską można śmigać!
Po prawej nic, po lewej nic, ale ścieżka rowerowa jak spod igły!

Darłówko – w końcu!

Mknęliśmy tak przed siebie, a w głowie kłębiły się te i inne myśli, od których odciągał nas tylko widok zwierząt na łąkach – żurawi, saren i zajęcy. W ten sposób dopedałowaliśmy do Darłowa, a następnie do Darłówka. Darłówko zrobiło na nas dobre wrażenie, z malutkim portem, nowym deptakiem i latarnią, z której zdążyliśmy w ostatnim momencie obejrzeć zachód słońca. Jeszcze spokojny spacer po plaży (uwaga, piasek jest trochę grubszy niż np. w Łebie czy Międzyzdrojach), rybka w smażalni smażalni na uboczu (naprawdę przyzwoita jak na warunki nadmorskich smażalni – polecamy smażalnię Atol), partyjka w cymbergaja i można było zaliczyć kolejny dzień do niezwykle udanych!

Pozdrawiamy gospodarzy!

Dzień 4:  Darłówko-Rowy

Między morzem a jeziorem

Poranek w Darłówku nie zwiastował udanego dnia. Niebo zaciągnęło się chmurami, a lekka mżawka, która skutecznie popsuła nam humory przy pobudce, zdążyła do śniadania przeobrazić się w regularny deszcz. Czekaliśmy więc cierpliwe na jakieś ,,okno pogodowe” i w dalszą drogę ruszyliśmy wraz z pierwszym przebłyskiem słońca (jak się okazało, trochę przedwczesnym, zlało nas raptem kwadrans później…). I znów, podobnie jak dzień wcześniej, zastanawialiśmy się, czy uda nam się przejechać szlakiem między morzem a jeziorem Kopań. Od tego pomysłu próbowały odwieźć nas tablice straszące jakimś remontem, ale szczęśliwie para rowerzystów nadciągających z przeciwnej strony potwierdziła, że trasa była przejezdna.

Plaża w Darłówku

I świetnie! Bowiem ten odcinek trasy rowerowej R10, podobnie jak kołobrzeski, pod względem widoków okazał się naprawdę spektakularny- prowadził po nasypie dokładnie równolegle do plaży i wzdłuż Bałtyku. Po lewej stronie widzieliśmy więc morze, a po prawej mijaliśmy rozległe jezioro. Po kilku kilometrach przekroczyliśmy jeszcze koryto jakiejś małej rzeczki i … wjechaliśmy w inny świat. Z nasypu wyłożonego nierównymi betonowymi płytami ,,przesiedliśmy” się na świeżo wyasfaltowaną i szeroką ścieżkę rowerową wiodącą samym środkiem nadbrzeżnego lasu. Miodzio! Jeśli tak przygotują również ten odcinek z płyt, ta trasa będzie kolejnym hitem!

Młody człowiek i morze
A może zamiast tak jechać, lepiej jest przysiąść na troszkę?

Bursztynek, bursztynek, znalazłem go… w muzeum!

Tym bardziej, że dalej, do Jarosławca, również jechaliśmy osobną ścieżką – liczycie ile to już kilometrów ,,ciągiem” po porządnych rowerowych ścieżkach? W Jarosławcu najpierw udaliśmy się do Muzeum Bursztynu, w którym w nowoczesny sposób przedstawiono historię powstania bursztynu, jego wydobycia i najbardziej efektywnych sposobów poszukiwania cennego produktu ;). Także teraz już wiemy, co kieruje ludźmi, którzy spacerują po plaży po sztormie… ;). Choć wizyta w muzeum nie należy do najtańszych rozrywek, na deszczowy dzień nad morzem nada się lepiej niż parki wątpliwej rozrywki lub potrójnie śmietanowe gofry.

Następna na liście atrakcji była latarnia w Jarosławcu – z zewnątrz niestety przechodziła właśnie remont, ale widok z góry standardowo zachwycał. Polecamy również zajrzeć do portu rybackiego, szczególnie jeśli chcecie ,,zł