Co warto zobaczyć w Bangkoku – największe atrakcje stolicy Tajlandii

To miała być nasza pierwsza wizyta – zarówno w Bangkoku, jak i w Tajlandii. Wraz z nią pojawiło się sporo pytań i wątpliwości. Na dobry początek: ile czasu powinniśmy poświęcić na zwiedzanie stolicy kraju. Dzień? Dwa? Trzy, a może więcej? W podjęciu decyzji nie pomagały na pewno skrajne opinie zasłyszane wśród rodziny i znajomych oraz te wyczytane w internecie.

Bangkok dla każdego?  

Czy Bangkok rzeczywiście jest miastem brudnym i głośnym, z którego najlepiej wyjechać w dniu przylotu i od razu wybrać się na południe w kierunku piaszczystych plaż i lazurowego morza, nie tracąc cennych urlopowych dni? A może to fascynujące miejsce, pełne kontrastów, w które warto się zagłębić? Teraz to my mieliśmy odpowiedzieć na te pytania i sami zmierzyć się ze stolicą Tajlandii.

No więc jak to jest z tym Bangkokiem? Jeśli nie lubisz tłoku, miejskiego zgiełku, nie interesuje Cię poznawanie historii innych państw, jego kultury, architektury oraz religii i raczej szukasz spokoju, zieleni i pięknych plaż- rzeczywiście możesz ominąć Bangkok. Dla nas takie miasta to esencja dalekich, egzotycznych wyjazdów, więc na Bangkok poświęciliśmy trzy pełne dni. I wiecie co? Nie żałujemy – to naprawdę doskonałe miejsce, żeby poznać tajską kulturę i oswoić się z rytmem azjatyckich metropolii. Chcecie wiedzieć, co nam się podobało i co warto zobaczyć w stolicy Tajlandii? Zapraszamy do relacji, która oprowadzi Was po najcenniejszych zabytkach i największych atrakcjach Bangkoku.

“Miasto aniołów, wielkie miasto, rezydencja Szmaragdowego Buddy…”

To tylko fragment nazwy stolicy Tajlandii – Bangkoku. Pełna nazwa składa się z kilkudziesięciu sylab i jest najdłuższą ze wszystkich nazw geograficznych na świecie (biedni mali Tajowie na lekcjach geografii…). Drugą zaskakującą informacją był fakt, że w metropolii, w której mieszka dziś 10 milionów ludzi, jeszcze w XVIII wieku znajdowała się nic nieznacząca wioska rybacka… Status stolicy zyskała dopiero po upadku Ayutthayi (brzmi jak historia Kopciuszka :)).

Bangkok przywitał nas na lotnisku chłodną i deszczową pogodą. Miny mieliśmy nietęgie, bo przecież nie po to lecieliśmy z zimnej i szarej lutowej Polski, żeby moknąć. Czyżby deszczowa pogoda, mająca zakończyć się przed naszym przyjazdem, postanowiła utrzymać się dłużej? Na narzekanie byliśmy zbyt zmęczeni długim lotem, więc złapaliśmy taksówkę i ruszyliśmy w stronę hotelu. Kiedy wysiedliśmy z klimatyzowanego samochodu, uderzyła w nas fala ciepła – powietrze stało się ciężkie i wilgotne, a do naszych nosów dotarły zapachy tajskiego street foodu. Mniam! To było dobry początek naszej przygody, w czasie której słońce nie opuściło nas aż do końca!

Miejsca, które warto odwiedzić w Bangkoku

Khao San Road i Soi Rambuttri

Przez te kilka dni trzeba gdzieś spać, więc na ,,bazę” wybraliśmy okolice Khao San Road i Soi Rambuttri. W tej części starego miasta swoją przygodę z Bangkokiem zaczyna wielu turystów – podobnie było i w naszym przypadku. Ta okolica to zarówno duży wybór noclegów, tanie jedzenie i rozrywka, jak i bliskość starego miasta i jego zabytków. Dodatkowo pod nosem znajduje się  przystań łodzi na rzece Menam, którymi można dostać się do bardziej odległych atrakcji: Wat Arun, Chinatown czy nadrzecznego przystanku stacji Skytrain.

Choć to Khao San Road jest symbolem nocnego życia Bangkoku, nam dużo bardziej do gustu przypadła sąsiednia i dużo spokojniejsza uliczka Soi Rambuttri. Na szczęście leżą blisko siebie, więc w ramach spaceru wypada przejść się po obu i samemu wyrobić sobie opinię.

Na Soi Rambuttri spróbujecie ulicznego masażu, zjecie smacznie i tanio prosto ,,z wózka” lub w jednej w wielu knajpek ulokowanych wzdłuż uliczki, wypijecie świeżo wyciskany sok z przepysznych owoców (mango czy owoce granatu smakują tu wyśmienicie!), a następnie przejrzycie ofertę lokalnych biur podróży. Oczywiście ten zakątek Bangkoku też już zdobywa popularność wśród turystów, co przekłada się na postępującą komercjalizację, ale z naszego punktu widzenia miejsce to wyglądało na tyle egzotycznie i klimatyczne, że polecamy odwiedzić je podczas wizyty w Bangkoku. Typowo backpackerski klimat – jak to lepiej ująć po polsku? 🙂

Wielki Pałac Królewski

Wielki Pałac Królewski to zdecydowanie miejsce, do którego warto zajrzeć podczas pobytu w Bangkoku. Ten ogromny kompleks wybudowano pod koniec XVIII wieku i otoczono wysokimi, białymi murami o obwodzie niemal dwóch kilometrów. Pełnił on rolę głównego ośrodka władzy do 1946 roku. Dziś Wielki Pałac to największa atrakcja Bangkoku i Tajlandii, tłumnie odwiedzana przez miliony turystów, oraz centrum duchowe Tajów. Dlaczego to tak ważne miejsce dla nich? Co przyciąga rzesze turystów? Czytajcie dalej!

Przed główną bramą zjawiliśmy się z samego rana z nadzieją uniknięcia wielkich tłumów, a dodatkowo, jak już okazało na miejscu, mogliśmy dyskretnie przyjrzeć się porannej musztrze pałacowej straży.

Wat Phra Keo i Szmaragdowy Budda

Zaraz po przekroczeniu progu świątyni oszołomiło nas jej bogactwo. Podobnie jak barokowe europejskie kościoły, uchodzące za przykład architektonicznego przepychu, tak i tu bogate zdobienia, pozłacane rzeźby, figurki naszpikowane ozdobnymi kamieniami i architektoniczny kunszt zrobiły na nas potężne wrażenie. Na straży tego miejsca stoją wielkie posągi demonów, strzegących świątyni przed złymi duchami (i drobnymi złodziejaszkami).

Posąg Szmaragdowego Buddy nie jest tak imponujących rozmiarów jak ogromny leżący Budda z pobliskiej świątyni Wat Pho, ale nie rozmiar tu się liczy… Dla Tajów tej naturalnej wielkości posąg wykonany z jadeitu (tak, to nie szmaragd) to największy skarb narodowy i świętość. Co ciekawe Budda ma do dyspozycji szaty na każdą porę roku, które podczas oficjalnych ceremonii nakłada mu sam król. 

Na terenie świątynnym zobaczycie imponujące posągi strażników (demonów) pilnujących bram, złote pagody i bogato zdobione budynki. Zwróćcie też uwagę na cenne malowidła ścienne przedstawiające historię życia Buddy.

W kompleksie pałacowym trzeba liczyć się z tłumami turystów, którzy, podobnie jak my, pragną zobaczyć ten najważniejszy zabytek Tajlandii. Jedynie co możemy poradzić to zwiedzanie pałacu z samego rana by uniknąć fali zwiedzających. Gdy opuszczaliśmy mury Wielkiego Pałacu, turystów zebrało się już dużo więcej niż kilka godzin wcześniej.

Poza kompleksem świątynnym

Po zwiedzeniu świątyni udaliśmy się do kolejnej części kompleksu pałacowego, czyli w stronę urzędową i muzealną, gdzie największe wrażenie zrobił na nas budynek w stylu europejsko-tajskim – Chakri Mahaprasad. Patrząc na samą elewację, można by pomyśleć, że ten pałac wybudowano gdzieś w Europie, ale charakterystyczny dach, nawiązujący do tajskiej architektury, zdradza orientalny charakter budowli. Naprzeciw budynku znajduje się muzeum, w którym dowiedzieliśmy się więcej o życiu rodziny królewskiej, w tym o szczególnej roli króla Ramy IX Wielkiego. To niezwykle ważna postać dla współczesnej historii Tajlandii, której spuścizną jest to, jak dziś wygląda ten kraj -do dziś Tajowie bardzo ciepło myślą o zmarłym władcy. 

Obok znajdują się inne olśniewające budowle, takie jak ozdobna brama (Aphorn Phimok Prasat), pełniąca dawniej funkcję królewskiej szatni czy znajdująca się zaraz obok niej dawna sala audiencyjna ze smukła pozłacaną iglicą. Jeśli szukacie pięknej, a zarazem innej od europejskiej architektury, znajdziecie jej tu pod dostatkiem. 

I na koniec małe przypomnienie, żeby koniecznie zabrać ze sobą nakrycie wierzchnie, gdyż w tym miejscu, ze względu na jego rangę i znaczenie, na wejściu spotkacie się z wnikliwą kontrolą ubioru. Prawdę mówiąc, przez cały pobyt w Tajlandii warto mieć taki ubiór w plecaku, bo nigdy nie wiadomo, kiedy natkniemy się na ciekawą świątynię, która chcielibyśmy obejrzeć.

Inne warte odwiedzenia świątynie w Bangkoku

Na terenie Bangkoku znajduje się wiele mniejszych lub większych świątyń, a w licznych bez tłumów turystów i w spokoju można przyjrzeć się buddyjskim praktykom religijnym mieszkańców miasta. Kwiaty, świece, kadzidła, bicie w rytualne gongi – wszystko ma na pewno swoje znaczenie, ale przyznajemy, nie wszystko było dla nas zrozumiałe. 

Wat Pho z gigantycznym leżącym Buddą

Ten kompleks świątynny należy do jednych z najstarszych w Bangkoku i wybudowany został nim samo miasto uzyskało status stolicy Tajlandii. Wejście znajduje się naprzeciw Wielkiego Pałacu, więc nikt nie powinien mieć problemu by tam trafić. 

Ktoś nieobeznany z tajską architekturą i religią prawdopodobnie dostanie prawdziwego oczopląsu – poszczególne budowle i ich funkcje są tak odmienne od tego, co znamy z Polski i Europy. Miejsce to przepełnia nieznana Europejczykom symbolika, np. w jednym korytarzu ustawiono 108 (magiczna liczba) mis symbolizujących 108 doskonałych cech Buddy – to tylko jeden z przykładów, więc podsłuchujcie wycieczki, czytajcie przewodniki i poszerzajcie horyzonty :). Swoją drogą liczne pozłacane posągi Buddy, czedi z prochami rodziny królewskiej i strzegące kompleksu posągi chińskich wojowników są doskonałym świadectwem na przenikanie się kultur w tej części Azji.

Wat Arun

Wat Arun, zwana Świątynią Świtu, to jeden z najstarszych zabytków i największa atrakcja Bangkoku. Najłatwiej dostać się tam przy pomocy promu łączącego oba brzegi rzeki – tanio, szybko i z ładnymi widokami. Tak wracaliśmy, bo pierwszego dnia, wciąż nie rozumiejąc miejskiej topografii i będąc zaledwie 100 metrów od przystani promowej, złapaliśmy tuk-tuka i poprosiliśmy o transport. Pewnie kierowca zdziwił się naszym zleceniem, ale bez słowa komentarza zabrał nas w długi kurs okrężną drogą do Wat Arun. Na szczęście nie był to duży koszt, a jazda tuk-tukiem sama w sobie okazała się dla nas atrakcją. 

Świątynia jest smukła i wysoka, a całość wyłożono porcelanowymi zdobieniami w formie wielobarwnych kwiatów i figur. Precyzja wykonania i ogrom pracy, który włożono, aby uzyskać tak delikatny efekt, naprawdę zrobiły na nas wrażenie. Do świątyni dotarliśmy przed zachodem słońca, o tzw. ,,złotej godzinie”, co dodatkowo działało na nasz, i tak wysoki już, poziom zachwytu… Aha, z najwyższego tarasu roztacza się doskonały widok na drugi brzeg Menam!

Golden Mountain Temple Złota Góra

Świątynię wybudowano na niewielkim wzgórzu, dzięki czemu to kolejny dobry ,,spot’ do zdjęć panoramy Bangkoku. Nim jednak dostaniecie się na sam szczyt, przed Wami do pokonania kilkaset stopni po wijących się ku górze schodach. Ponoć to jedna z najważniejszych świątyń miasta i całej Tajlandii, my jednak mieliśmy wrażenie, że to bardziej obiekt turystyczny niż miejsce kultu. Przynajmniej na tle innych świątyń wyglądała dość ubogo, natomiast nie brakowało możliwości wydania pieniędzy na pamiątki i jedzenie.

Z  tym miejscem wiążą się ciekawe historie o czym przypominają figury sępów, które dawniej, w czasie wielkich epidemii nawiedzających Bangkok, pomagały uporać się z tysiącami ciał… 

Wat Suthat i Wielka Huśtawka

Wat Suthat okazała się przepiękną, bogato zdobioną świątynią, położoną nieco na uboczu turystycznej części miasta. Wizyta w tym miejscu pozwoliła nam by w spokoju i bez pośpiechu przystanąć i obserwować religijne ceremonie, a po ich zakończeniu rozejrzeć się po wnętrzu świątyni. Niestety natknęliśmy się na duży remont zewnętrznej fasady, wrzucamy więc tylko kilka zdjęć z wnętrza świątyni. 

Naprzeciw świątyni Wat Suthat stoi Wielka Huśtawka. Może brzmi to dziwnie, ale ten obiekt nie jest pomnikiem czy współczesną rzeźbą, ale prawdziwą, gigantycznych rozmiarów huśtawką, na której bujali się kiedyś mnisi. Zespoły rywalizowały ze sobą o to, kto się wyżej wzniesie i dosięgnie sakiewki przyczepionej do bambusowego kija. Widząc jak wysoko można rozbujać się na takiej huśtawce, nie dziwi pewnie duże ryzyko upadku, mogące skończyć się nawet śmiercią. W związku z tym ryzykiem w 1932 roku zakazano używania huśtawki.

Kapliczka z Lak Mueang 

Niedaleko Pałacu i tuż przy rządowych budynkach stoi niewielka biała kapliczka dające schronienie świętym słupom miejskim (Lak Mueang). Najstarszy z nich postawiony został na zlecenie króla Ramy I podczas ustanawiania nowej stolicy Tajlandii w Bangkoku. Pozłacany słup, który znajdziecie wewnątrz, stanowi siedzibę opiekuńczego bóstwa Bangkoku. Miejsce to jest nieduże, ale bardzo ważne dla mieszkańców miasta. Modlitwa tu ma przynieść wiernym szczęście i sukces. Sam rytuał wydawał nam się niezwykle barwny, ale i skomplikowany, z zaciekawieniem więc przyglądaliśmy się użyciu świec, kolorowych chust, kwiecistych wianków, kadzideł i kwiatów lotosu.

Dom Jima Thompsona

Biali (farandzy) niewątpliwie odcisnęli na Tajlandii swoje piętno, z mniej lub bardziej korzystnym skutkiem dla samego kraju. Jedną z postaci, która pozytywnie zapisała się na kartach historii Tajlandii, jest Jim Thompson. To osoba o niezwykle barwnym życiorysie, który spokojnie mógłby posłużyć za materiał na scenariusz filmu. W czasie drugiej wojny światowej służył w Biurze Służb Strategicznych (Office of Strategic Services (OSS) – poprzednik słynnego CIA). ), w 1945 trafił do Tajlandii, zakochał się w tym kraju i postanowił osiąść w nim na stałe. 

Już jako cywil, postawił na produkcję jedwabiu, dzięki czemu stał się bogatą i poważaną osobistością w kraju. O ile jego życie samo w sobie było niezwykle ciekawe, tak tajemnicze zaginięcie w Malezji w 1967 roku budzi jeszcze więcej emocji i stanowi temat wielu spekulacji. No bo jak to – poszedł na spacer do lasu i tak po prostu nie wrócił…?

Zachęcamy do odwiedzenia domu Jima Thompsona, który jako majętny człowiek mógł pozwolić sobie na zbudowanie przepięknej, drewnianej rezydencji w tajskim stylu, dodając do niej kilka praktycznych europejskich elementów. Miejsce to słynie między innymi z bogatej kolekcji zabytków sztuki tajskiej, którą Jim Thompson namiętnie kolekcjonował. Większą część kompleksu zwiedzać można samemu bez opłat, natomiast chcąc zobaczyć wnętrza i usłyszeć więcej o ich byłym mieszkańcu, konieczne jest skorzystanie z usług płatnego przewodnika.

Aha, ważna wzmianka: w obrębie rezydencji można przyjrzeć się tradycyjnemu sposobowi przetwarzania kokonów jedwabnika w niezwykle cienką jedwabną nić.

China Town

Chinatown, czyli chińskie dzielnice, bez problemu znajdziemy nawet w Europie, ale powiedzmy sobie szczerze – zobaczyć prawdziwe Chinatown, przepełnione kolorami i zapachami, można tylko w Azji. Chinatown w Bangkoku to cała dzielnica, której centralny punkt stanowi Yaowarat Road. Odchodzące od niego uliczki tworzą prawdziwy labirynt wypełniony barami i straganami sprzedającymi dosłownie wszystko – od egzotycznych produktów spożywczych po stereotypową, plastikową ,,chińszczyznę”. 

Spacer przez Chinatown to zanurzenie się w innym świecie. Mnogość zapachów, kolorów i kształtów zawróciła nam w głowie. Wszystko było inne. Niektóre dania i składniki chciałoby się zjeść od razu, a na widok innych odwracaliśmy wzrok z lekkim niesmakiem… Najciekawsze jest, że Chinatown żyje całą dobę, prezentując się odmiennie w dzień i w nocy – koniecznie przyjdźcie tu dwa razy. 

Jak najłatwiej dostać się do Chinatown? Polecamy dwie opcje – dopłynąć łodzią do Ratchawong lub podjechać metrem do stacji Hua Lamphong.

Lumphini Park

Bangkok nie jest miastem, w którym można zagubić się w zieleni i oddać błogiej kontemplacji w cieniu drzew. Mamy dla Was jednak dobrą wiadomość! Jest bowiem jedno miejsce, do którego warto zajrzeć jeśli szuka się ucieczki od miejskiego zgiełku, hałasu, ruchu samochodowego i tłumów – Lumphini Park. Choć trafiliśmy tam przypadkowo w drodze do dzielnicy handlowej Siam, na miejscu zostaliśmy trochę dłużej, spacerując alejkami i eksplorując zakątki ,,zielonych płuc Bangkoku”- prawdziwej oazy zieleni skrytej pośród nowoczesnych, błyszczących w słońcu wieżowców.

Na terenie Lumphini Park odbywają się zajęcia tai chi i jogi, można pobiegać, pojeździć rowerem, wypożyczyć łódkę i popływać po stawie, a nawet poćwiczyć na siłowni na otwartym powietrzu. To miejsce wyjątkowe na mapie stolicy Tajlandii i do tego świetnie skomunikowane, dzięki pobliskiej stacji metra (MRT). Szukasz chwili na doładowanie baterii przed resztą pobytu? Wpadnij do Lumphini Park – zielonego serca Bangkoku.

Dzielnica handlowa Siam

O ile centra handlowe w Polsce omijamy szerokim łukiem, wiedząc czego można się po nich spodziewać, to w przypadku Bangkoku zrobiliśmy wyjątek. Stwierdziliśmy bowiem, że warto odkryć inną, bardziej luksusową, twarz tego miasta kontrastów, zamieszkanego przez 10 milionów ludzi.

To, co zobaczyliśmy w dzielnicy handlowej Siam, przerosło nasze oczekiwania, bo takich galerii handlowych nie powstydziłyby się europejskie miasta: nowoczesny design, kina, oceanarium, galerie sztuki, salony samochodowe oraz światowe marki, których w Polsce nie uświadczysz – tak przynajmniej stwierdziła Kasia;). 

Największą różnicę w porównaniu z rodzimym handlem dostrzegliśmy w sekcji kulinarnej, gdzie dominowały smaki i zapachy Azji, a spośród dziesiątek stanowisk wybrać można było praktycznie każde danie z tej części świata. Poza tym szukaliśmy innych kulinarnych ciekawostek i wpadliśmy na obcy nam koncept lodowych deserów prosto z Korei, które chyba na dobre zadomowiły się w Tajlandii. Jak zawsze stanęliśmy na wysokości zadania i poświęciliśmy się, konsumując największy z nich. Czy wart był swojej ceny? Raczej nie, ale spróbować trzeba, prawda?;)

Idź przed siebie i obserwuj

Taka rada, z kategorii niby-oczywistych, ale jeśli macie czas – najzwyczajniej w świecie, przejdźcie się przed siebie. W Bangkoku warto zagubić się, spacerując bez konkretnego celu, po prostu obserwując codzienne życie mieszkańców. Jeśli dojdziecie do miejsca, gdzie menu opisane będzie tylko po tajsku, znaczy że dobrze trafiliście. Przynajmniej my wyszliśmy z takiego założenia (i nie pożałowaliśmy), spacerując po nieopisanych w przewodnikach dzielnicach miasta. Tu dla Europejczyka wszystko może być nowym bodźcem i doświadczeniem. Spokojnie, znajdziesz drogę do domu ;).

Transport w Bangkoku

Może na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, ale Bangkok, tak inny od europejskich miast, musiał wytworzyć swoje własne rozwiązania transportowe. Największym wyzwaniem są ogromne korki i przepełnione drogi, w związku z tym samochód nie zawsze się tu sprawdza. Przemieszczając się po mieście, warto postawić na coś dużo mniejszego i ,,zwinnego”, jak tuk tuki, lub wykorzystać naturalne możliwości transportu, jakie oferuje rzeka i połączone z nią kanały. Transport w Bangkoku sam w sobie jest nie lada atrakcją.

Tuk tuk

Zaczynamy od tuk tuków, czyli miejscowych mini-taksówek, które są może mniej wygodne i pojemne oraz wolniejsze, ale za to tańsze i bardziej zwrotne w ruchu miejskim. To, co nam najbardziej przypadło w nich do gustu, to zwiedzania miasta jako pasażer tuk tuka – widać zdecydowanie więcej niż zza samochodowej szyby. Na minus zapisujemy hałas i smród spalin na ruchliwych ulicach. 

Rejs po rzece Menam

Bangkok to prawdopodobnie jedno z najbardziej zakorkowanych miast świata, w którym prym wiodą samochody, a piesi nie są traktowani priorytetowo. Chcesz uciec od zakorkowanych ulic, warkotu silników i kłębiących się spalin, a przy okazji spojrzeć na miasto z innej perspektywy? Jeśli tak, polecamy skorzystać z promów kursujących po rzece Menam. Za niewielkie pieniądze możecie w krótkim czasie przepłynąć z północy na południe miasta, poznając przy okazji Bangkok z zupełnie innej strony. W trakcie rejsu podziwialiśmy takie zabytki jak Wat Arun (Świątynia Świtu) i byłe kolonialne nabrzeże. Statki zatrzymują się w pobliżu kluczowych atrakcji miasta.

Dodatkowe informacje: na stronie Chao Phraya Express Boat

Wodne autobusy (Khlong Boat)

Jeśli spodobał się Wam rejs rzeką Menam, warto skorzystać też z wodnego autobusu (Khlong Boat – “khlong” po tajsku znaczy kanał) kursującego wzdłuż kanału Saen Saep: wschód – zachód.

Po pierwsze, jest to dość szybki i tani środek transportu. Po drugie pozwala na poznanie lokalnego życia, gdyż w większości używają go mieszkańcy miasta. Ponadto będzie to na pewno odmienny obraz niż ten, który można zobaczyć nad rzeką Menam. Zabudowa wzdłuż kanału to nie tylko piękne świątynie i nowoczesne budynki… Trasa, po której płynie Khlong Boat pokazuje to zdecydowanie uboższe oblicze Bangkoku, z nadbrzeżnymi, odrapanymi i brudnymi domami. Wsiadanie i wysiadanie z łódki to też pewna sztuka- przygotujcie się więc na trochę wrażeń.

Koszt: od kilku do kilkunastu batów

Dokąd można dopłynąć: Złote Wzgórze, Dom Jima Thompsona

Dodatkowe informacje: na stronie Khlong Boat z rozkładem i dokładną mapką połączeń

Skytrain

Czas na rozwiązania rodem z XXI wieku. Jeśli mowa o nowoczesnych środkach transportu w Bangkoku, warto wspomnieć o skytrain, czyli kolejce BTS. Ten podniebny pociąg to nieoceniony środek transportu, gdyż pozwala się szybko przemieszczać pomiędzy kluczowymi dzielnicami Bangkoku. Wokół każdego dworca wyrasta cała masa mini punktów usługowych, które obsługują rzesze mieszkańców i turystów podróżujących tym środkiem transportu.

Grab

Grab to azjatycki Uber, który wygryzł swojego zachodniego konkurenta z Azji Południowo-Wschodniej. Podczas naszego pobytu w Bangkoku nie braliśmy takiej opcji pod uwagę, ale po naszych bardzo pozytywnych doświadczeniach w Wietnamie, polecilibyśmy instalacje apki w telefonie. Do wyboru macie podwózkę samochodem i jako pasażer motoru.  

Jeść czy nie jeść, czyli tajski street food

O ile dobrze pamiętamy, ani razu nie jedliśmy w Bangkoku w restauracji – wybieraliśmy street food. Mieliśmy wrażenie, że albo żyje się tu z wożenia turystów tuk tukami albo z dokarmiania ich aromatycznymi specjałami;). Jak wspomnieliśmy na początku, przystanek w Bangkoku był naszym ,,chrztem bojowym” przed wojażami w  dalsze zakątki Azji. I tak się składa, że to w Bangkoku zaczęła się nasza przygoda z prawdziwą tajską kuchnią, którą znaliśmy tylko w europejskim, lekko zmodyfikowanym, wydaniu. 

Początki były trudne – sporo nasłuchaliśmy się o zatruciach pokarmowych, brudnej wodzie i niejedzeniu niczego z ulicy, więc pytanie ,,co jeść, a czego nie jeść?” wydawało się nam w pełni zasadne. Czy jeść surowe jedzenie przyrządzone i serwowane przez ulicznych sprzedawców? Nasze początkowe obawy znikały z każdą kolejną miską zupy, pad thaiem, sticky mango rice czy świeżymi sokami np. z owocu granatu! Jedliśmy i piliśmy i jakoś nic się nie działo.

Hamulce puszczały stopniowo i to, co wydawało się niezjadliwe pierwszego dnia, smakowało następnego. Podczas pisania tej części relacji i wybierania zdjęć do wpisu ślinka ciekła na samą myśl o tych pysznościach… Lista dań jest długa i często nawet nie pamiętamy, jak nazywały się potrawy, których spróbowaliśmy po drodze. Jedno jest pewne- każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście, wybierajcie te ,,lepsze” miejsca i bierzcie poprawki na Waszą własną wrażliwość pokarmową, ale sugerujemy trochę luzu – będzie dobrze. A już na pewno przy ciepłych daniach;)

Pad Thai był jednym z kulinarnych powodów, dla którego polecieliśmy do Tajlandii. Mieliśmy wielka ochotę spróbować prawdziwego dania-symbolu, które kojarzyło nam się z ciepłą, egzotyczną i daleką Tajlandią. Smak potrawy znaliśmy jedynie z tajskich restauracji w Polsce, w których szukaliśmy namiastki egzotyki podczas zimnych i ciemnych jesienno-zimowych dni. Jak się okazało, wersji pad thai’a jest kilka, od wegetariańskich, po wersję z kurczakiem i najdroższą, z owocami morza.

Mango sticky rice to klasyczny tajski deser. Lekko słonawy ryż ugotowany na mleku kokosowym, ze słodkim, soczystym i żółciutkim mango. Co ciekawe, prawdziwy sezon na mango sticky rice to kwiecień i maj, kiedy w Tajlandii dojrzewają mango.

Roti – jeśli dla kogoś mango sticky rice nie jest wystarczająco słodki, musi spróbować roti. Tego typu placki popularne są w Azji, ale wersja z skondensowanym mlekiem, cukrem i bananami to chyba tajski specjał. Uzależnia.

Tom kha kai – czyli tłumacząc na nasz to “zupa kurczakowo-kokosowa” – ugotowany kurczak, do tego trawa cytrynowa, galangal, kaffir i grzyby, a całość w mleku kokosowym. Uwielbiamy kombinację przypraw wykorzystanych w tej zupie, a Kasia nie mogła wyjechać bez paczki liści kaffiru. Zupy do dziś nie zrobiła;)

No to w końcu jak – czy warto  zobaczyć ten Bangkok?

Według nas potraktowanie Bangkoku tylko jako miejsca przesiadkowego i ucieczka z niego w kierunku wysp Morza Andamańskiego to błąd. Szczególnie, gdy w planach macie głównie odpoczynek na plaży, warto zajrzeć do Bangkoku i doświadczyć mniej ,,hotelowej”, prawdziwszej Tajlandii. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie coś wśród licznych atrakcji miasta. Dwa dni na Bangkok to absolutne minimum. 

A jeśli chodzi o nas? Sami poświęciliśmy na zwiedzanie miasta 4 dni i Bangkok bardzo nam się spodobał, choć specjalnie do samego miasta po raz drugi już byśmy nie lecieli. Jeśli jednak znów trafimy do Azji Południowo Wschodniej i międzylądowanie rzucił nas do Bangkoku, to bardzo chętnie ponownie zagubimy się w jego klimatycznych uliczkach.

5 komentarzy do “Co warto zobaczyć w Bangkoku – największe atrakcje stolicy Tajlandii”

  1. Jak dla mnie Bangkok to ruina i nie warto, chyba że ktoś jest pierwszy raz. Co do jedzenia to dużo zależy od pory roku, szczególnie jeśli chodzi o owoce. Aczkolwiek o zatrucie trudno jednak uprzedzam, wszystko jest albo ostre albo bez smaku jak sticky rice. Oni nie potrafią gotować 😁

    Odpowiedz
    • Czyli tak jak napisaliśmy. Jedni Bangkok lubią bardzo, inni poświęcą mu chwilę a reszta go unika i szuka innych atrakcji w Tajlandi;) Jedzeniowo nie było źle, ale kwestia gustu. A sticky rice to gotowany ryż z mango – bieda deser, jak kasza manna z sokiem malinowym;)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz