Ruch na świeżym powietrzu, kontemplowanie widoków i odrobina fizycznego wyzwania- to głównie z tych względów upodobaliśmy sobie ostatnio podziwianie Polski z rowerowego siodełka. Jednak nie jeździmy tylko dla sportu- przede wszystkim chcemy poznać i zrozumieć okolicę. Te dwa kryteria są dla nas kluczowe przy wytyczaniu trasy każdej rowerowej wycieczki, a Pogórze Przemyskie spełnia je doskonale. Przepiękna przyroda parku krajobrazowego, delikatne pagórki (do 400-500 metrów wysokości) pozwalające popracować nad formą i mnogość obiektów kulturalnych, dzięki którym można zgłębić fascynującą historię tych ziem- to nasz przepis na idealną wycieczkę. Jeśli macie ochotę porządnie się zmęczyć i zobaczyć perełki Parku Krajobrazowego Pogórza Przemyskiego, zapraszamy w drogę!

Kierunek Arłamów. Księstwo PRL-owskich dygnitarzy

Trasę zaczeliśmy w Przemyślu, z południowej strony Sanu, mijając jeden z licznych bunkrów umocnień linii Mołotowa, rozsianych po mieście i jego okolicach. To właśnie na Sanie znajdowała się granica między ZSSR i Rzeszą Niemiecką, czego ślady widoczne są w kilku miejscach miasta i okolicy. Początkowo trasa wiodła szlakiem Greenvelo i kazała nam zmierzyć się z kilkoma podjazdami, dzięki którym szybko uświadomiliśmy sobie, że rzeczywiście jesteśmy na pogórzu. W Brylińcach zajrzeliśmy do byłej cerkwi oraz odwiedziliśmy cmentarz żołnierzy austriackich z I wojny światowej, których przywiało w te strony z dalekich i wysokich Alp. Miejsce to raz jeszcze przypomniało nam o zawiłych losach ziem dawnej Galicji.

Aby zjechać z asfaltu, skróciliśmy trasę przez las, oddychając pełną piersią (oraz ciężko dysząc na podjazdach) świeżym leśnym powietrzem. W pokonywaniu kilometrów nie przeszkadzał nam absolutnie nikt, mogliśmy więc spokojnie napawać się widokiem zielonej ściany lasu. Po jakimś czasie wróciliśmy na asfalt prowadzący przez niewielkie senne miejscowości. Młode bociany stroszące piórka w oczekiwaniu na przylot rodziców, gałęzie w sadach aż ciężkie od owoców i słoneczniki żółcące się w sierpniowym słońcu. Po prostu pełnia lata! Pejzaże zachwycały!

Po morderczym podjeździe pod wzniesienie Wierch (można przed nim odpocząć w profesjonalnej strefie rekreacyjnej przygotowanej przez Lasy Państwowe kawałek za Makową), dojechaliśmy do hotelu Arłamów, który ostatnio zasłynął jako miejsce przygotowań kadry piłkarskiej do Euro. Nie natrafiliśmy na żadnego zbłąkanego piłkarza, jednak pozazdrościmy zgrupowań w takim miejscu.

Okolice porastają gęste lasy, a z ośrodka, usytuowanego na wzgórzu, roztaczają się malownicze widoki- dosłownie za rogiem czekają w końcu już Ustrzyki, wrota do Bieszczad, nic dziwnego więc, że i przyroda dookoła wzgórza Wierch zachwyca. Miejsce to ma również ciekawą historię- za czasów PRL-u w Arłamowie znajdował się tajny ośrodek wypoczynkowy dla dygnitarzy, nazywany państwem arłamowskim, na terenie którego bawili m.in Bierut, Tito czy Breżniew. W 1982 internowany był tu również Lech Wałęsa.

Wyludnione wsie Pogórza Przemyskiego

Jednak nie zawsze była to taka spokojna leśna okolica. Tuż za ośrodkiem swój początek ma rzeczka Jamninka, która leniwie płynie długą doliną. To właśnie tu ulokowano dwie wsie – Jamnę Górną i Jamnę Dolną. Obie osady, niegdyś tętniące życiem, dziś stały się dziko zarastającym terenem, na którym o historii wiejskiego życia świadczą już jedynie równe rzędy drzewek owocowych pośrodku zarastających polan. Owoce dziczeją i tracą smak – może z żalu za gospodarzami…?

Wsie opustuszały na skutek przesiedleńczej Akcji Wisła i od tego czasu trwa walka natury ze śladami bytności człowieka – ostatnie wspomnienia po ludzkich siedliskach, cudem ocalałe z wojny cerkwie i cmentarze, zniszczyli komuniści, przy okazji tworzenia ośrodka Arłamów. Warto przejechać się doliną Jamnej i wyobrazić sobie, jak wyglądało życie w tej malowniczej okolicy. Gdzieniegdzie można doszukać się jeszcze kilku schowanych w zaroślach krzyży czy pozostałości po studniach…

Ostatni odcinek z Jamny Dolnej do Birczy to seria krótkich zjazdów i podjazdów, które, mimo malowniczych widoków, na sam koniec dnia porządnie dały nam w kość. Z przyjemnością dojechaliśmy więc do umówionej agroturystyki i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. 60 kilometrów po pagórkowatym terenie dało się poczuć w nogach, a to był dopiero pierwszy dzień wycieczki…

Rowerowy Szlak Ikon

Drugi dzień wiódł częściowo wzdłuż rowerowego Szlaku Ikon, pozwalając na przyjrzenie się świetnie zachowanym na Podkarpaciu cerkwiom. Wiele z nich to jedyne już wspomnienie po zamieszkującej te tereny ludności grekokatolickiej, w przeważającej mierze o ukraińskich korzeniach- choć i tu istniało tyle różnych zawiłości, konfiguracji i wzajemnego przenikania się, że uproszczeniem byłyby jakiekolwiek jasne podziały. Dziś, przy wyraźnej dominacji wiary rzymskokatolickiej, większość cerkwi pozostaje zamkniętych lub służą jako kościoły.

Pierwszy przystanek, tuż za Birczą, to Malawa, z niewielką murowaną cerkwią wybudowaną pod koniec XIX wieku.

Dolina Bobrowa

Zaraz obok Lipy warto skręcić do Doliny Bobrowej, trasy przyrodniczej wiodącej wzdłuż malowniczych mokradeł. Niegdyś znajdował się tu kompleks stawów hodowlanych, jednak po wojnie teren zaczął zarastać i ,,zdziczał” do tego stopnia, że objęto go ochroną, a nawet udało się w tą okolicę sprowadzić bobry. Mimo bliskości ludzkich zabudowań w dolinie rządzi przyroda.

Tropienie śladów bobrów, woń dzikiej mięty, słodko-kwaśny smak jeżyn prosto z krzaka, wilgoć porannej rosy i niesamowity trel ptaków – tu natura oddziałuje na wszystkie zmysły. By nie zmoczyć butów, szliśmy po wilgotnej trawie boso, zachwycając się pięknem natury, obserwując, jak przyroda odbiera zebrane jej kiedyś przez człowieka tereny.

I jeszcze więcej pięknych cerkwi

Po krótkiej przerwie wśród bobrów wróciliśmy na szlak. Do cerkwi św. Paraskewy w Lipie z 1830r. nie dane nam było wejść – większość takich obiektów zamknięta jest na cztery spusty – jednak z przyjemnością pokręciliśmy się po przycerkiewnym cmentarzu.

Żeliwne resztki sporej zapewne niegdyś nekropolii wyraźnie kontrastują z marmurami, naręczami kwiatów i ogromnymi zniczami widocznymi na położonym po sąsiedzku katolickim cmentarzu. Widok trochę smutny, choć cieszy fakt, że cmentarz jest regularnie utrzymywany i przynajmniej jego stan się nie pogarsza.

Przed Jawornikiem Ruskim skręciliśmy w stronę Borownicy i Ulucza, dokąd prowadził malowniczy i długi zjazd (zwiastujący równie malowniczy i długi podjazd, ale próbowaliśmy o tym nie myśleć).

Data powstania cerkwi w Uluczu jest sporna – według utartych informacji to początek XVI wieku, jednak ostatnio analiza wieku drzewa wskazała na II połowę XVII wieku. Niezależnie od naukowych sporów, jest to jedna z najcenniejszych cerkwi w regionie i zdecydowanie warta zobaczenia.

Niegdyś była częścią całego monasteru bazyliańskiego, ulokowanego na wzgórzu i otoczonego pierścieniem murów obronnych. Mury rozebrano po II wojnie światowej, ale cerkiew, o dziwo, przetrwała wojnę bez szwanku (natomiast wioska Ulucz została doszczętnie zniszczona, ostał się jeden dom). Dziś Cerkiew w Uluczu jest jednostką Muzeum w Sanoku, gdzie można zobaczyć najcenniejszy element jej wyposażenia – ikonostas. Z okazji różnych świąt i imprez kulturalnych bywa otwarta, my jednak nie mieliśmy szczęścia oglądać jej wnętrz.

Następna cerkiew, w Jaworniku Ruskim, ku naszemu zdumieniu okazała się być otwarta i jakby opustoszała W nawie składowano rzeczy z pobliskiego kościoła, żyrandol wisiał dziwnie przekrzywiony, a myszkowanie po zakątkach obiektu nikomu zdawało się nie przeszkadzać. Nie narzekamy, dzięki temu mogliśmy na spokojnie przyjrzeć się detalom zdobień.

Kolejna cerkiew, św. Dymitra w Piątkowej, zrobiła na nas spore wrażenie. W przeciwieństwie do tej w Uluczu, położona jest w niewielkiej dolince, dzięki czemu doskonale widać w pełni jej konstrukcję, a szczególnie potężne cebulaste kopuły.

To jeden z najładniejszych obiektów w okolicy, warto więc zatrzymać się nad niewielkim potokiem w Piątkowej. Rzut oka przez dziurkę od klucza potwierdza słowa z tablicy informacyjnej – w środku cerkiew jest pusta, a jej wyposażenie doszczętnie zrabowano.

Na sam koniec cerkiewnej przygody zatrzymaliśmy się przy murowanym obiekcie w Krzywczy. Bardziej współczesny od poprzednich, wzniesiony w 1911 budynek, różnił się znacząco architekturą od poprzednich cerkwi.

Wzdłuż meandrującego Sanu

Ostatni etap trasy biegł wzdłuż rzeki San (część trasy Green Velo). Było to miłe urozmaicenie po pagórkowatym terenie Pogórza – zarówno pod względem widoków, jak i mniejszego wysiłku fizycznego. Meandrujący leniwie San oświetlany ciepłymi promienami zachodzącego powoli słońca wyglądałby jak tani landszfcik, gdyby nie to, że… naprawdę był piękny. Bale świeżo skoszonej trawy, krowy obserwujące ze stoickim spokojem zafascynowanych nimi mieszczuchów i wieczorny koncert ptaków – nic tylko odpoczywać! Można by tak jechać aż do samego Przemyśla… Albo wręcz odwrotnie, nigdzie nie jechać, zatrzymać się i kontemplować pejzaż aż do zmierzchu.

My zdecydowaliśmy się na nocleg w Krasiczynie, na łączce z pięknym widokiem na San, tak aby następnego dnia spokojnie zwiedzić zamek. Jednak komforty Przemyśla czekają dosłownie za rogiem, 10 kilometrów od Krasiczyna, więc trasę można spokojnie wydłużyć o dojazd do miasta i zakończyć wycieczkę w Przemyślu. My wybraliśmy nocleg w namiocie nad brzegiem rzekii czym prędzej zasnęliśmy, nie mogąc doczekać się śniadania w tak pięknych okolicznościach przyrody.

Kilka słów o naszej trasie

Całą trasę przejechaliśmy w dwa dnia.

Dzień 1: Przemyśl – Prałkowce – Zalesie – Rokszyce – Brylińce – Gruszowa – Makowa – Rybotycze – Makowa – Arłamów – Jamna Górna – Jamna Dolna – Łodzinka Dolna/Górna-Bircza. Około 60km.

Dzień 2: Bircza – Malawa – Lipa – Dolina Bobrowa – Borownica – Ulucz – Borownica – Jawornik Ruski – Żohatyń – Piątkowa – Tarnawka – Iskań – Babice – Krzywcza – Chyrzyna – Krasiczyn – Przemyśl

7 komentarzy

    • Jeśli chodzi o trasę wzdłuż doliny Sanu to nie obawiałbym się o stopień trudności, gdyż trasa jest praktycznie płaska.

      Natomiast tereny Parku Krajobrazowego Pogórza Przemyskiego, jak wskazuje nazwa;), wymagają trochę więcej wysiłku. Jadąc z Przemyśla w kierunku Arłamowa, trzeba liczyć się z podjazdami. Różnica poziomów między doliną Sanu w Przemyślu (około 200 m n.p.m.) a Arłamowem (Wzgórze Wierch 590 m n.p.m.) to jakieś 390 metrów, ale na pocieszenie dodamy, że każdy podjazd kończy się zjazdem:)

      Oczywiście jest jeszcze forteczna trasa rowerowa wokół Przemyśla, o której mamy nadzieję napiszemy jeszcze w tym roku:)
      Ponieważ forty ulokowano na wzgórzach profil trasy wygląda trochę jak wykres wykres EKG. Przy czym pólnocny odcinek jest dużo łatwiejszy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Opublikuj komentarz