Hoi An. Najpiękniejsze miasto Wietnamu?

Nie będziemy czarować – zmęczyliśmy się ruchliwymi ulicami Sajgonu i miast Delty Mekongu, zapchanymi tysiącami skuterów i motorów, tratującymi pieszych na chodnikach i pasach, wśród irytującej kanonady klaksonów i duszącego zapachu spalin. Po tym wszystkim, zastanawialiśmy się, czy gdzieś w Wietnamie, jest miasto w którym można liczyć na odrobinę spokoju, do jakiej przyzwyczaiła nas nasza codzienność? 

Otóż, tak, znaleźliśmy je!

Zabytkowa zabudowa nad rzeką
Ze świątyni pozostała tylko ta pięknie zdobiona brama.

Pożegnanie z Mekongiem

Naszą kilkudniową przygodę z Deltą Mekongu zakończyliśmy w Can Tho, największym mieście regionu, tłumnie odwiedzanym przez turystów ze względu na słynny pływający rynek Cai Rang. Z tamtejszego lotniska bezpośrednim lotem dostaliśmy się na lotnisko w Da Nang w środkowym Wietnamie. Lot za 126 złotych od osoby, z nadawanym bagażem, okazał się doskonałą alternatywą dla kilkunastogodzinnej, męczącej podróży w autobusie lub pociągu.

Warto nadmienić, że pokonując ponad 700 km z południa na północ zmieniliśmy porę roku z suchej i gorącej panującej w grudniu na południu Wietnamu na końcówkę pory deszczowej w środkowej jego części. Na szczęście w Da Nang przywitało nas słońce. W mieście słynącym z plaż nie zamierzaliśmy się jednak zatrzymywać na dłużej i ruszyliśmy bezpośrednio do Hoi An. I w tym właśnie mieście po raz pierwszy w czasie naszej podróży poczuliśmy… spokój.

Hoi An – turystyczny hit Wietnamu

Hoi An to dość turystyczne i tłumnie odwiedzane przez zagranicznych turystów miasteczko. Tej turystycznej perełki na mapie Wietnamu, wpisanej na listę UNESCO, nie trzeba dziś nikomu przedstawiać. Mimo dużej popularności, miejsce to wciąż ma swój unikalny klimat, za którym od razu przepadliśmy.

I aż trudno było nam uwierzyć, że nie zawsze tak było…

W nocy kolorowe lampiony rozświetlają uliczki Hoi An.
Uwielbiamy kolorowe, azjatyckie targi, pełne egzotycznych owoców.

Polak, który odkrył i ocalił Hoi An dla świata

Kiedy w latach 80-tych do Hoi An trafił przypadkiem polski archeolog, Kazimierz Kwiatkowski, zajmujący się renowacją pobliskiego kompleksu świątynnego My Son, było to nieznane światu, zaniedbane, prowincjonalne miasteczko. To właśnie Kazik, jak nazywali go czule miejscowi, dostrzegł ogromną wartość historyczną Hoi An. Zapomniane miasteczko  z historią handlu rzecznego i drewnianą, zabytkową zabudową przypominało mu bowiem Kazimierz nad Wisłą.

Niestrudzony Polak rozpoczął walkę o zachowanie historycznej części miasta, które planowano wyburzyć ze względu na fatalny stan techniczny zabudowy- wszak tropikalny klimat i liczne powodzie nie oszczędzały kilkusetletnich, drewnianych domów. To właśnie Kazik swoimi staraniami i determinacją ocalił stare Hoi An, które dzięki niemu dostrzeżone zostało przez świat, a  już po jego śmierci, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Na dowód wielkiego szacunku, jakim cieszył się w Hoi An Kazimierz Kwiatkowski, na jednym z głównych placów starego miasta postanowiono upamiętniającą go tablicę. Innych miejsc pamięci poświęconych nie-Wietnamczykom podczas naszej podróży nie widzieliśmy, więc podejrzewamy, że to spore wyróżnienie dla naszego rodaka.

Pomnik Kazimierza Kwiatkowskiego – „Kazika”.
Most Japoński.

Hoi An podróż w czasie

Co takiego urzekło Kazika w Hoi An? Pewnie klimat i architektura tego ważnego dawniej portu rzecznego, który przyciągał kupców z Chin, Japonii, a później z krajów europejskich. Osiedlając się w tym miejscu, stworzyli niezwykły kulturowy miks, doskonale widoczny w architekturze miasta. Po wybudowaniu przez Francuzów konkurencyjnego portu w Da Nang świat zapomniał o Hoi An na kolejne 200 lat. Pewnie dlatego to niezwykłe miejsce, niczym żywy skansen, przetrwało do naszych czasów.

Stare miasto

Główny urok starego miasta, to niezwykły miks zabytkowej tkanki miejskiej z nowoczesnymi lokalami i sklepami, odpowiadającymi oczekiwaniom licznych gości. Z jednej strony niespotykana dziś w Wietnamie architektura, wąskie uliczki z zabytkowymi żółtymi domami, z drugiej zaś klimatyczne restauracje, kawiarnie oraz sklepiki oferujące najróżniejsze produkty i usługi, niekoniecznie związane z poznawaniem historii miasta, jego życia religijnego czy lokalnych zwyczajów.

Za cenę 120 000 VND (ok 20 zł) można zakupić karnet uprawniający do odwiedzenia pięciu historycznych obiektów z listy kilkudziesięciu zabytków, takich jak świątynie, stare domy kupieckie czy muzea, np. tradycyjnej medycyny, folkloru czy rzemiosł.

Most Japoński z Hoi An znajdziecie na 20000 banknocie.

Kuponem z karnetu zapłacić trzeba nawet za przejście Mostem Japońskim, choć pierwszego dnia przekroczyliśmy go kilkukrotnie bez opłaty. Być może obowiązek uiszczenia opłaty zależy od dnia tygodnia? Tak czy siak, warto zapłacić, bo drewniany XVIII-wieczny most skrywający w swoich wnętrzach niewielką buddyjską świątynie to jedna z wizytówek miasta, przed którą od rana gromadzą się tłumy turystów robiących sobie pamiątkowe zdjęcia. Jego sylwetę znajdziecie nawet na jednym z banknotów.

Zabytkowe, drewniane domy to nietypowe obiekty. W ich wnętrzach wciąż mieszkają całe rodziny, najczęściej niezmiennie od kilku pokoleń, udostępniając tylko część pomieszczeń zwiedzającym. W prawdzie zwiedzania nie ma zbyt dużo, ale i tak można wynieść z tej krótkiej wycieczki ciekawe obserwacje. Wewnątrz widać jak ważny dla miejscowych jest kult przodków i rodzina, o czym przypominają liczne ołtarzyki z obrazami seniorów rodu.

Zwróćcie uwagę na zabytkowe meble czy zaznaczone na ścianach poziomy wody odnotowane w Hoi An podczas powodzi w ostatnich dziesięcioleciach. Ciężko było nam uwierzyć, że kolorowymi uliczkami, którymi niespiesznie się przechadzaliśmy, płynęła kiedyś dwumetrowa fala. Zdjęcia jednak nie pozostawiają złudzeń.

Domowa kapliczka ze zdjęciami członków rodziny.

Osobną kategoria zabytków, kórych próg trzeba przekroczyć, są niewielkie świątynie i pagody rozrzucone po starej części Hoi An. Pięknie zdobione bramy wejściowe, kolorowe i z pieczołowitością wykonane mozaiki, bogato zdobione wnętrza świątyń przesiąknięte zapachem kadzideł, a na ołtarzach których składane są egzotyczne owoce – arcyciekawie!

Miasto lampionów

Gdy planowaliśmy naszą podróż po Wietnamie, Hoi An szybko pojawiło się na naszej liście miejsc, które koniecznie chcieliśmy odwiedzić – chociażby ze względów historycznych.Nie wiedzieliśmy jednak, że miasto ma swoje drugie, dramatyczne, oblicze ukazuje po zapadnięciu zmroku.

Tysiące lampionów rozświetla wtedy uliczki starego miasta oraz nadrzeczne bulwary, a po rzece dryfują ozdobione kolorowymi lampionami łódeczki z grupkami turystów lub zakochanymi parami. Choć czasem może być tłoczno, spektakl to iście bajkowy i wyjątkowy, po którym, w romantycznym duchu, można zaszyć się w jakiejś knajpce, sącząc egzotyczny koktajl.

Objechać Hoi An i okolice na rowerze

Hoi An może pochwalić się strefą ruchu pieszego i rowerowego. I to właśnie na te dwa sposoby najprzyjemniej zwiedzało się nam miasto i jego najbliższe okolice. Kiedy już poznacie wszystkie zakamarki zabytkowej części miasta, warto wyjechać poza miasto, które wciąż otoczone jest polami ryżowymi, ze scenkami z wiejskiego życia. Rowery doskonale nadają się by objechać dalsze zakątki Hoi An, pojechać do przystani okrągłych łodzi oferujących krótkie rejsy czy na dwie pobliskie plaże.

Odpoczynek na polu.
Praca na polach ryżowych nie należy do łatwych

Plaże w pobliżu Hoi An

Wprawdzie nie dla plaż przyjechaliśmy do Hoi An, ale należy wspomnieć, że miasto leży zaledwie kilka kilometrów od Morza Południowochińskiego, a na jego wybrzeżu znajdziecie kilka piaszczystych plaż, takich jak An Bang czy Cua Dai. Na pewno jest to ciekawa propozycja dla osób które chcą trochę odpocząć czy popływać w morzu, ale nie rezygnować przy tym z klimatu jaki oferuje Hoi An. Wzdłuż wybrzeża znajdują się liczne hotele i restauracje serwujące owoce morza. Jeśli plażowanie to Wasz priorytet, lepiej jednak udać się do Da Nang, słynącego z długiej i piaszczystej plaży.

Lokalne łodzie mają charakterystyczny kształt. Przypominały nam połowę orzecha włoskiego.
Z plaży widać odległe Da Nang z wysokimi hotelami.

My Son – wietnamski Angkor Wat

Jeśli macie ochotę zrobić sobie krótką przerwę od Hoi An, polecamy wizytę w My Son (czyt. ,,mi san”). To doskonały kierunek dla wszystkich zainteresowanych historią i architekturą sakralną Azji. Miejsce oddalone jest od Hoi An 40 km, a cała wycieczka trwa kilka godzin.

My Son to hinduski kompleks świątynny w stanie ruiny. Całość wybudowana została przez władców Królestwa Czampy na przestrzeni tysiąclecia, od IV do XV wieku. Państwo istniało na terenie południowego i środkowego Wietnamu do momentu podboju przez Wietnamczyków w XVIII wieku. Świątynie zostały opuszczone i zapomniane, by ponownie zostać odkryte dla świata przez Francuzów pod koniec XIX wieku.

Choć zazwyczaj organizujemy sobie takie wypady sami, tym razem, po analizie możliwych opcji, postawiliśmy na wycieczkę wykupioną w lokalnym biurze turystycznym. Po pierwsze, kusiła nas bardzo wczesna pora wyjazdu- przed godziną 6 rano i z powrotem zaplanowanym na 9:30. Dawało nam to praktycznie cały dzień po wycieczce na zwiedzanie Hoi An i okolic. Po drugie, liczyliśmy, że o tak wczesnej porze będzie pusto. Ludzie lubią się przecież wyspać, prawda?;)

Na miejscu okazało się, że czasu na zwiedzanie jest więcej niż trzeba. Kompleks jest niewielki, a i tak jego duża część uległa zniszczeniu w trakcie wojny wietnamskiej w wyniku nalotów amerykańskich na ukrywających się na terenie świątyń żołnierzy Wietkongu. Świadectwem tamtych czasów są głębokie leje po bombach zrzuconych przez amerykańskie B-52.

Z My Son, związane są losy wspomnianego wcześniej polskiego archeologa Kazimierza Kwiatkowskiego, który po zakończeniu wojny wietnamskiej udał się do Wietnamu w celu ratowania i ochrony zabytków, naruszonych w wyniku działań wojennych. Kazik, żyjąc w bambusowej chatce i kierując grupą miejscowych archeologów, rozpoczął pracę w kompleksie czamskich świątyń w My Son. Teren pełen niewybuchów i pól minowych kosztował życie kilku z jego współpracowników. To między innymi dzięki poświęceniu Polaka możemy oglądać dziś ruiny świątyń Czamów.

Najcenniejsze posągi i płaskorzeźby znajdują się w muzeum w Da Nang i we Francji. Wciąż można jednak zobaczyć na miejscu kilka zachowanych płaskorzeźb czy tajemniczych kamiennych płyt.

Coś na ząb, czyli smaki Wietnamu

W Hoi An zdecydowanie jest gdzie zjeść. To jedno z najbardziej turystycznych miejsc w Wietnamie, więc oferta jest bardzo szeroka. Od tradycyjnego ulicznego jedzenia i punktów gastronomicznych na targowisku po drogie restauracje, gdzie cena nie zawsze idzie z jakością. Lokalnym specjałem są delikatne, różane pierożki (wietn. banh bao vac, ang. white rose) czy pszenne bułki z dodatkami zwane banh mi (pamiątka po francuskich kolonistach). Polecamy niepozorny lokal Phi Banh Mi, skryty gdzieś w bocznej uliczce poza turystycznym centrum miasta. Pyszną rybę zjedliśmy w Nhan’s Kitchen, a na roti z bananem udaliśmy się po prostu nad rzekę.

Nie brakuje też fajnych miejscówek w na zachodnią modłę z pyszną kawą serwowaną w stylu wietnamskim, jak i europejskim. Nam posmakowała kawa i opowieści w Olivier Coffee. Polecamy też Phin Coffee w cichym ogrodzie, do którego prowadziła wąska, niepozorna uliczka. Na śniadaniu byliśmy w Rosie Garden z obłędnie smacznymi owocowymi bowlami (miseczkami?)).

Kawa po wietnamsku z skondensowanym mlekiem. Dla nas za słodkie, ale sama kawa pyszna.

Gdzie nocować

W Hoi An nie brakuje różnych ofert noclegowych – od agroturystyki (homestay) po kilku gwiazdkowe hotele. Jeśli ten tekst się Wam przydał, będziemy wdzięczni za rezerwację przez nasz link do Bookingu. Dla Was cena bez zmian, a dzięki niewielkiej prowizji od Bookingu, rozwijamy stronę. Dziękujemy!

2 komentarze do wpisu „Hoi An. Najpiękniejsze miasto Wietnamu?”

Dodaj komentarz