Delta Mekongu

Planując wycieczkę po Wietnamie, założyliśmy, że przejdziemy kraj z południa na północ, a pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy było Ho Chi Minh czyli Sajgon – dawna stolica Wietnamu Południowego. W ciągu kilku dni naszego pobytu w tym mieście uświadomiliśmy sobie, że określenie ,,istny Sajgon” jest jak najbardziej aktualne i cieszyliśmy się z każdego kolejnego (i zdecydowanie spokojniejszego) punktu naszej podróży. Kolejnym celem była wietnamska prowincja, a dokładniej położona na południe od Ho Chi Minh – Delta Mekongu.

Delta Mekongu – spichlerz Wietnamu

Mekong, dziesiąta pod względem długości rzeka świata, liczy 2200 kilometrów i płynie przez 6 krajów. Jej końcowy odcinek tworzy drugą pod względem wielkości deltę rzeczną w Azji, zaczynającą się gdzieś w stolicy Kambodży – Phong Peng i rozlewającą się na długości 600 kilometrów. Ilość osadów niesionych przez rzekę zwiększa powierzchnię lądu o 150 metrów rocznie, ale w wyniku lokalnych i globalnych działań człowieka istnieje ryzyko, że kraina ta stopniowo będzie pochłaniana przez morze.

Taki obrót sprawy byłby dla Wietnamu prawdziwą katastrofą. Bowiem Delta Mekongu, zajmując 12% powierzchni kraju, stanowi dom dla 20% Wietnamczyków, a dzięki sprzyjającemu klimatowi, umożliwiającemu nawet trzy zbiory ryżu rocznie, ziemie te rodzą ponad 50% krajowych zbiorów tego zboża. Po tym, co widzieliśmy na lokalnych targach, nie dziwi nas też fakt, że w Delcie Mekongu rośnie aż 70% owoców zbieranych w Wietnamie. Delta Mekongu i płynące nią wody nie tylko wpływają na obfitość plonów, ale są również ważnym szlakiem komunikacyjnym oraz źródłem pożywienia i pracy dla rybaków.

Kiedy przyjechać do Delty Mekongu? Dwie pory roku

W południowym Wietnamie, w tym na obszarze Delty Mekongu, występują dwie pory roku: sucha i deszczowa. Jeśli zależy Wam na słonecznej pogodzie, wysokich temperaturach (32ºC w dzień i 22ºC nocą) i niskiej wilgotności, to okres od grudnia do kwietnia jest najlepszy do zwiedzania tej części kraju. Oczywiście to też czas wybierany przez innych turystów.

Pora deszczowa trwa od maja do listopada i charakteryzuje się upałami, intensywnymi opadami deszczu i dużą wilgotnością powietrza, co może sprawić, że zwiedzanie okaże się dość męczące.

Ben Tre – kokosowa kraina

Jeszcze na etapie planowania naszej podróży po Wietnamie, zrezygnowaliśmy z wykupu jednej z wielu wycieczek oferowanych przez biura turystyczne w Sajgonie i postanowiliśmy sami zorganizować swój wyjazd. Naszym pierwszym celem w Delcie Mekongu było Ben Tre, którego okolice słyną z rozległych plantacji kokosa. Z Ho Chi Minh złapaliśmy autobus odjeżdżający regularnie co 30 minut. Podróż według rozkładu jazdy miała trwać trochę ponad 2 godziny, jednak na przystanek końcowy w Ben Tre dotarliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem z powodu ogromnych korków na całej trasie. 

Wysiedliśmy na ostatnim przystanku, a po krótkiej wymianie wiadomości na Whatsappie nasi gospodarze odebrali nas na skuterach. Obawialiśmy się nieco przejazdu skuterami ze względu na duże plecaki, ale na szczęście te wątpliwości okazały się nieuzasadnione. Skutery są zadziwiająco pakowane (o czym mieliśmy okazję przekonać się później wiele razy), a kierowcy zaprawieni w takiej jeździe. Kilkukilometrowy odcinek pokonaliśmy bardzo sprawnie, kończąc naszą podróż efektownym wjazdem na posesję Państwa Nguyet.

O tym, jak zamieszkaliśmy w egzotycznym ogrodzie

Miejsce w którym zamieszkaliśmy, Nguyet Que Homestay, położone było z dala od centrum Ben Tre, wśród innych otoczonych zielenią wiejskich posesji i wielkich plantacji kokosów. I właśnie ta lokalizacja to największy atut tego miejsca. To idealne miejsce do wypoczynku w pięknym ogrodzie, a cisza i błogi spokój stanowiły miłą odmianę po głośnym Sajgonie. Wokół nas latały od kwiatka do kwiatka wielkie, wielobarwne motyle; pomelo, papaje, pomarańcze, kokosy i inne egzotyczne owoce rosły wzdłuż ogrodowych alejek, a ryby pluskały się w stawie, przepełzając czasem pomiędzy oczkami wodnymi – zdaje się, że to typowa umiejętność dla ryb mieszkających w środowisku z porą suchą i deszczową.

Poza pysznymi śniadaniami, pałaszowanymi w altance otoczonej zielenią, gorąco polecamy zamówić kolację- musicie wiedzieć, że żona Kha to niezwykle utalentowa kucharka. Za 150 000 VND od osoby zjedliśmy przepyszny kilkudaniowy obiad. Co ważne, pani domu uwzględniała kulinarne preferencje, serwując dania zarówno mięsne jak i warzywne. Oczywiście w Ben Tre można zjeść taniej, ale zapewniamy Was, że o podobną jakość będzie trudno. Mimo, że wybraliśmy się w tzw. backpackerską objazdówkę, nie oszczędzaliśmy za wszelką cenę i chętnie płaciliśmy za dobrą jakość. Tak jest chyba uczciwiej :).

Nasza agroturystyka (homestay) oddalona była o kilka kilometrowa od sklepów i restauracji, więc korzystaliśmy z rowerów lub skuterów. Gdy jednak zapragnęliśmy zimnego piwa, to za rozsądną cenę kupowaliśmy je na miejscu, a świeżego kokosa Kha rwała prosto z rosnącej w ogrodzie palmy.

Polecamy Wam Nguyet Que Homestay lub inną podobna agroturystykę w pobliżu. 

Rejs łodzią

Na naszą prośbę Kha zorganizował dla nas rejs po rozlewiskach Mekongu- wystarczyło poinformować go dzień wcześniej o takim zamiarze. Nie wybrał się z nami na rejs, ale zorganizował łódź z lokalnym operatorem – bo przewodnikiem nie mogliśmy go nazwać :). Sympatyczny starszy pan, nie mówiący po angielsku, płynął z nami z miejsce na miejsca według z góry ustalonego planu. Wiele odwiedzonych zakamarków to wciąż w miarę autentyczne rodzinne manufaktury, w których pprodukty wytwarza się w ten sam sposób od pokoleń. Oczywiście zawsze znajdzie się jakieś stanowisko z przedmiotami dla turystów ;). Jakie miejsca zoaczyliśmy w trakcie tego rejsu? Po kolei!

Kraina kokosowych cukierków

Kokosy są tu dosłownie wszędzie! W czasie rejsu łodzią widzieliśmy barki wypełnione nimi po brzegi, obserwowaliśmy też trud załadunku egzotycznego towaru i ,,wysypiska” pełne kokosowych łupin. Właśnie przy jednej z takich plantacji zatrzymaliśmy się na dłużej, podglądając produkcję kokosowych cukierków. Proces nie wyglądał na zbyt skomplikowany, podobnie jak całe zaplecze tej niewielkiej firemki. Mleczko kokosowe gotowano w wielkich kadziach aż do uzyskania gęstości, a następnie plastyczna kokosowa masa wypełniała odpowiednie formy w kształcie pasków- te zaś cięto na małe kwadratowe cukierki. W zależności od dodatków cukierki zyskiwały różne smaki, a pod względem faktury przypominały polskie sugusy.

Mekondzki miód, maty i cegielnia

W wiecznie zielonej Delcie Mekongu rosną setki gatunków roślin, które intensywnie kwitną. Kolejnym przystankiem na naszej trasie była więc wizyta u lokalnego pszczelarza połączona z degustacja napojów z dodatkiem pyłku pszczelego i miodów. Jak widać, pszczele produkty doceniane są w każdej szerokości geograficznej… 

Tu warto wspomnieć o trochę makabrycznej, lokalnej wariacji alkoholu, czyli zalanego w alkoholu jadowitego węża, który ma zapewnić dodatkowej właściwości prozdrowotne. Ponoć alkohol neutralizuje wężowy jad, ale nawet przez myśl nie przyszło, żeby testować takie zabobonne specyfiki, z których słynie ta część Azji.

W kolejnym punkcie, słynącym z plecionych mat z suszonych włókien i liści, kupiliśmy sobie nawet pamiątkę! Đá cầu (chińskie Jianzi) to taka spora lotka z piór i obciążnika, którą odbija się stopami pomiędzy zawodnikami – trochę jak zośkę. Utrzymanie jej w powietrzu szło nam niezbyt zgrabnie, ale na jednym z sajgońskich placów widzieliśmy prawdziwy popis gry w ten uliczny, wietnamski sport.

Ostatni punkt podczas rejsu to tradycyjna cegielnia, wciąż wytwarzająca cegły przy użyciu glinianych pieców. Wydaje się jednak, że los tego typu manufaktur jest na dłuższą metę przesądzony- na jednym z brzegów podczas rejsu widzieliśmy już dużo nowocześniejszy zakład.

Rowerami przez plantacje

Za niedużą opłatą gospodarze oferowali możliwość wypożyczenia skuterów i rowerów, więc ostatniego dnia naszego pobytu zdecydowaliśmy się na rowerową wycieczkę po najbliższej okolicy. Skutery nadałyby się gdyby chcieć pojechać gdzieś daleko, np. na rozległe pola ryżowe, oddalone kilkanaście kilometrów na południe od Ben Tre. Natomiast na wypad po zakupy do miasta czy na zwiedzanie okolic kwatery rowery nadały są w sam raz. Pedałując  między licznymi odnogami i kanałami tworzącymi Deltę Mekongu, obserwowaliśmy, jak ważna jest to rzeka dla lokalnej ludności.

W okolicy nie ma większych atrakcji, które mogłyby posłużyć na azymut, więc najlepiej jechać przed siebie i przypatrywać się wolno toczącemu się życiu. Parę miejsc, które zobaczyliśmy podczas wycieczki łodzią, okazało się osiągalnych rowerami, więc jeśli pływanie Was nie interesuje albo nie chcecie za nie płacić, sporo da się zobaczyć z lądu.

Tym rowerowym akcentem zakończyliśmy naszą przygodę z Ben Thre – z pomocą Kha i jego żony dostaliśmy się na dworzec autobusowy, gdzie złapaliśmy autobus jadący w kierunku kolejnego punktu tej wietnamskiej wycieczki: Can Tho – miasta słynącego z targu wodnego. 

Can Tho – stolica Delty Mekongu

Can Tho, stolica prowincji, to dużo większe i oferujące więcej atrakcji miasto niż prowincjonalne Ben Tre. Miejscowość ta słynie z targu wodnego, dla którego przybywa wielu turystów, a do tego stanowi dobrą bazę wypadową do zwiedzania Delty Mekongu, na przykład w ramach kilkudniowego rejsu rzeką. Znajdziecie tu sklepy, restauracje, targi, schludne hotele i lotnisko. My jednak, podobnie jak w przypadku Ben Tre, zdecydowaliśmy się na homestay, by posmakować bardziej wiejskiego życia w Wietnamie.

Domek na wietnamskiej wsi

Bosa, nasz gospodarz, za pomocą Whatsappa udzielił nam szczegółowej instrukcji dojazdu, a lekko zdezorientowanego kierowcę taksówki odpowiednio nakierował do siebie. Tak trafiliśmy do oddalonej o kilka kilometrów od centrum miasta kwatery – Farmer Homestay.

Większość homestay’ów to rodzinne biznesy i tak było w tym przypadku. Wielopokoleniowa rodzina na części swojej posesji postawiła kilka drewniano-bambusowych domków. Do dziś wspominamy prysznic na świeżym powietrzu, w którym woda lała się z… konewki :)! Przyjemne miejsce, choć nie tak relaksujące jak kolorowy ogród w Ben Thre. 

Kulinarnie znów nie mogliśmy trafić lepiej, bo żona Bosy okazała się świetną kucharką. Nie wiemy, czy tak mają wszystkie wietnamskie konbiety, ale te w Delcie Mekongu na gotowaniu znały się jak mało kto. Zajadaliśmy wszystko ze smakiem.

Pływający Targ Cair Rang

Głównym powodem, dla którego do Can Tho przyjeżdżają tysiące turystów, jest słynny pływający targ Cai Rang (pytajcie o floating market). Nie mogliśmy tam nie zajrzeć! Za radą naszego gospodarza wstaliśmy przed świtem i już o 6 rano zameldowaliśmy swoją gotowość do wymarszu. Bosa, organizator wycieczki i przewodnik w jednym, łodzi jednak nie posiadał, a tylko współpracował z posiadaczem takowej. Tak to mniej więcej tu działa- każdy zna kogoś, kto może coś zaoferować turystom i biznes się kręci… Trzeba przyznać, że to bardzo przedsiębiorczy naród, mimo że sam kraj jest komunistyczny;)

Lepiej rzeczywiście wypłynąć na targ wcześnie, gdyż to autentyczne, wciąż żywe miejsce, na którym handluje się głównie warzywami i owocami w ilościach hurtowych- a świeżego towaru trzeba pozbyć się zanim zrobi się naprawdę ciepło. Widok to ciekawy- ogromne, ciężkie od towaru barki, załadowane po burty egzotycznymi dla nas produktami, a pomiędzy nimi kursujące od jednostki do jednostki zwrotne łódeczki, sprzedające różne napoje i jedzenie. Jednak nie jest miejsce do handlu detalicznego, a zwykli mieszkańcy korzystają z targów na lądzie, więc nie spodziewajcie się tu kolorowych łódeczek sprzedających turystom po kilka owoców.

Mimo tego raczej uda się kupić soczystego, słodkiego ananasa i skosztować go na pokładzie statku. Zjecie też ciepłą zupę sprawnie przygotowaną przez kucharza operującego w tym samym czasie zarówno wiosłami, jak i chochlą. Mieliśmy tylko nadzieję, że warzyw, wrzucanych do naszej zupy, nie opłukał najpierw odrażająco brudną wodą z Mekongu… Ale jak mawiają ,,raz kozie śmierć” – i tak kilka ,,razy” podczas naszego pobytu w Wietnamie, a mimo tego obyło się bez problemów żołądkowych. 

A kto sprzedaje płody rolne na tym nietypowym targu? To przede wszystkim rolnicy z terenów położonych wzdłuż Mekongu i jego dopływów, którzy regularnie pakują ze sobą część plonów, opuszczają rodzinna wioskę i spławiają się w stronę Can Tho. Na łodzi mieszkają i handlują, aż do opróżnienia zapasów. Po czym poznać, z czym przyjechali na targ? Produkty z oferty mocuje się na wysokiej tyczce. Szukasz manioku? Rozglądasz się wokół siebie i wyszukujesz wzrokiem wiszących na tyczce bulw tego ważnego dla miejscowych warzywa. Podpływasz swoją łódką, dokonujesz transakcji a opłacona ilość szybko i sprawnie zostaje załadowana na twój pokład.

Jeśli liczycie na jakieś barwne przedstawienie, raczej tego nie znajdziecie – pamiętajcie że to wciąż przede wszystkim rynek dla lokalnych mieszkańców, którzy wypełniają swoje łodzie po brzegi towarem i sprzedają go potem gdzieś na mieście. To po prostu ciekawy wycinek zwykłego, aurentycznego, wietnamskiego życia. Kto wie, czy to nie jedna z ostatnich szans na zobaczenie prawdziwego pływającego targu Cair Rang w Can Tho. Może za 10 lat transport drogowy wyprze wodny, a hurtowników na łodziach zastąpią kolorowe stragany sprzedające turystom pamiątki? Wietnam szybko się zmienia, więc kto wie…

Drugie pytanie, które zadawaliśmy sobie tego dnia, to to o stan rzeki pod kątem ekologicznym. Z Mekongiem nie dzieje się dobrze. Miliony ludzi żyją w jej pobliżu, korzystając z zasobów, ale jednocześnie strasznie ją zanieczyszczając. Kolor wody nie zachęca do kąpieli, a brzegi są paskudnym śmietniskiem. Z łodzi widzieliśmy też jak na dłoni kilometry prowizorycznych domostw, w których za pewne wykorzystuje się tą brudną wodę do wszystkich domowych czynności…. Jakie będzie mieć to skutki za kilka lat?

Jak robi się makaron ryżowy?

Targ targiem, ale nie ograniczyliśmy się tylko do niego. Kolejnym miejscem, które udało się tego dnia zobaczyć, była fabryka makaronu ryżowego. Produkt wszystkim dobrze znany, ale czy też ,,od kuchni” :)? Na miejscu nie tylko poznaliśmy cały proces chałupniczej produkcji makaronu, ale sami pobawiliśmy się w mieszanie, wylewanie, suszenie i cięcie ryżowych placków na podłużne nitki.

Na straganie w dzień targowy

W drodze powrotnej towarzyszyliśmy naszemu gospodarzowi w robieniu zakupów dla żony, z myślą o naszej kolacji. W tym celu zabrał nas na (lądowy) lokalny targ, zupełnie nieturystyczny, mieliśmy więc tym większą przyjemność z oglądania krzątających się tam sprzedawców i klientów. Dokładnie przyglądalismy się stanowiskom pełnym zieleni, warzyw i owoców, zastanawiając się, czy aby nie żyją tam sami wegetarianie. W końcu doszliśmy i do sekcji mięsnej, pełnej wątpliwych aromatów i różnych, nie zawsze w naszej opinii jadalnych, zwierząt…  

Przyjrzeliśmy się też obrabianiu kokosów na mleczko kokosowe, które tak lubimy np. w zupach. Co ciekawe, kokosowy wiór, zwany u nas dumnie ,,wiórkami kokosowymi”, to odpad którym tam karmi się kaczki… Ale jak się ma świeże kokosy pod ręką, to po co iść na kompromisy…;)

Wietnamskie kontrasty

Ostatniego dnia przed naszym wylotem z Can Tho przejechaliśmy się jeszcze rowerami w pobliżu naszej agroturystyki (homestay). Okolica, w której mieszkaliśmy, okazała się niezwykle spokojną, z wciąż dominującym rolniczym krajobrazem. Nadchodzące zmiany widać jednak gołym okiem. Od połowy lat 80-tych Wietnam zliberalizował swoją gospodarkę, więc poza robieniem kariery w strukturach państwowo-partyjnych można także spróbować sił w biznesie. Strzelamy, że to właśnie dla ekonomicznych beneficjentów ostatnich lat wyrosło mijane przez nas nowe osiedle z domami wielorodzinnymi w stylu europejskim,  szerokimi chodnikami, pięknymi ogrodami i nowoczesnymi kawiarniami, w które za grosze można było napić się kawy i świeżych soków… Kontrast uderzał, bo zaledwie 100 metrów dalej ciągnęły się wzdłuż jednego z setek kanałów nędzne chałupy na betonowych i drewnianych palach wbitych w muliste dno…

Życie nie jest tu łatwe, ale wszyscy, których mijaliśmy, byli niezwykle życzliwi i pogodni. Szczególnie w Delcie Mekongu, poza utartymi szlakami, nasza obecność wzbudzała zainteresowanie miejscowych- dzieci machały, a dorośli uśmiechali się do dwóch ogromnych osobników poruszających się na za małych rowerach. 

Czy warto odwiedzić Deltę Mekongu?

Pytanie, czego szukacie…  Jeśli pięknych instagramowych miejsc i widoków-  to raczej nie jest najlepszy kierunek. W Delcie Mekongu nie znajdziecie wielkich zabytków, nie słynie ona też ze spektakularnych krajobrazów i dzikiej przyrody. Trzeba zdać sobie sprawę, że ten teren przetworzono rolniczo pod plantację kokosów i innych gatunków owoców, a także pod pola ryżowe.

Jeśli natomiast chcecie poznać trochę prawdziwego Wietnamu, takiego poza dużymi miastami i kurortami albo po prostu zobaczyć słynną Deltę Mekongu- to warto. To również ciekawa propozycja dla wszystkich lubiących spokój, ciszę, odpoczynek na wsi i rodzinną atmosferę, bez konieczności pogoni za kolejnymi atrakcjami… Na oddech po intensywnym zwiedzaniu – czemu nie?

Data publikacja:

Kategoria: Świat, Wietnam

6 komentarzy do “Delta Mekongu”

  1. Czy ta fabryka makaronu ryżowego miała jakąś nazwę? Bo na zdjęciu wygląda jak zwykłe stoisko :). Chętnie bym się tam wybrała przy okazji odwiedzin Can Tho.

    Odpowiedz
  2. Świetny artykuł. Zainspirowaliście mnie żeby również samemu zorganizować wycieczkę nad Mekong.
    Czy pamiętacie o której wróciliście z tego targu? Ile godzin trzeba przeznaczyć. Czy 4 h wystarczą? Zastanawiam się czy zdążę na samolot do Can Tho.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz