Barwy jesieni w Tatrach- Czerwone Wierchy

Długie i deszczowe wieczory sprzyjają wspominkom nad kubkiem parującej herbaty po góralsku, więc i nam, chciał- nie chciał, przypomniały się zeszłoroczne pierwsze wypady w Tatry, które zachęciły nas do kolejnych górskich aktywności. Nigdy nie twierdziliśmy, że taternicy z nas z dziada-pradziada, daleko nam do kreowania legend o odchowaniu przez górską kozicę, a w naszych żyłach nie płynie żentyca (dla ciekawskich: serwatka pozostała po robieniu oscypków). Nasze górskie zakręcenie dopiero raczkuje, ale już przynosi nam wiele radości i satysfakcji. Dziś chcieliśmy się podzielić wspomnieniami z wycieczki na Czerwone Wierchy, na szczyt Ciemniak – to właśnie w trakcie niej złapaliśmy na dobre górskiego bakcyla! Skoro tak piękny może być przełom października i listopada, pomyśleliśmy, to chyba nie istnieje pojęcie „brzydkiej pory roku” w górach. Z resztą, co tu pisać… Mamy nadzieję, że po poniższej relacji przyznacie nam rację!

[dt_gap height=”10″ /]
Ach te jesienne poranki w górach…[dt_gap height=”10″ /]

Wędrówkę rozpoczęliśmy Doliną Kościeliską, w której ewidentnie dominowała już jesień. Drzewa walczyły jeszcze z wietrznymi podmuchami o ostatnie pożółkłe listki, ale była to batalia skazana na porażkę. Bez termosu z ciepłą herbatą nie myślelibyśmy stawać na trasie, również ręce schowaliśmy  w rękawiczkach.

Choć październikowe słońce robiło co mogło, krajobraz w dolinie wydawał się już wysuszony, jakby zmęczony letnią wegetacją, gotowy na pierwsze śniegi. My mieliśmy więcej wigoru, przemierzaliśmy więc żwawo Dolinę, aby skręcić w lewo na czarny szlak, stanowiący część 17-kilometrowej Ścieżki nad Reglami, łączącej liczne szlaki górskie po polskiej stronie Tatr. Na pierwszym jego rozwidleniu udaliśmy się wzdłuż czerwonego oznakowania trasy.  

Już ten kawałek porządnie nas rozgrzał, najtrudniejsze podejście było jednak dopiero przed nami. Zdecydowaliśmy się więc na przerwę przy malowniczej skałce i porcję energii w postaci powerjaglanki z bakaliami w wydaniu żeńskim i czekoladowego batona w wydaniu męskim (ech ta walka płci;)), po czym przystąpiliśmy do „ataku”.

Z dzisiejszej perspektywy nasza forma była wtedy jeszcze w powijakach, ale coś kazało nam iść dalej- może to ciekawość, może zwykła nieświadomość zakwasów dnia następnego :)…

Krok po kroku wspinaliśmy się ku Czerwonym Wierchom. Na sam koniec naszej wędrówki okazało się, że szczyty gór spowite są w gęstej chmurze, co kazało zrewidować nasze plany i nie iść dalej niż na Ciemniak.

Rozsiedliśmy się więc na jego szczycie, wyobrażając sobie otaczający nas widok, gdy nagle niespodziewanie widnokrąg odsłonił się, prezentując nam jedną z piękniejszych do tej pory panoram- idealną do przerwy przy kubku aromatycznej herbaty. Było zachwycająco!

Z Czerwonych Wierchów schodziliśmy szlakiem zielonym, przez Dolinę Tomanową.

Co ciekawe, po tej stronie masywu lato zdawało się jeszcze nie kończyć. W drzewach przyśpiewywały ptaki, na trasie spotkaliśmy też ostatnie zabłąkane motylki, a i polany po nasłonecznionej części góry były jakby bardziej ożywione.

Jednak z tytułu krótkiego dnia nie mogliśmy sobie pozwolić na kontemplację i żwawo ruszyliśmy w kierunku doliny Kościeliskiej.

Po drodze prosiliśmy się  aromatycznym rosołem w schronisku Ornak, aby później pomaszerować w stronę parkingu busów. Dopiero siedząc w autobusie do Krakowa uświadomiliśmy sobie, że aktywna jesień może być aż tak fajna!

DODATKOWE INFORMACJE:

  • Długość trasy: 19km, długość przejścia z przystankami – 8 godzin

Dodaj komentarz