Niespodziewana fala siarczystych mrozów i obfite opady śniegu skłoniły wielu Polaków do leniwego spędzenia długiego styczniowego weekendu w domu. My jednak zdecydowaliśmy się z przytupem zacząć nowy rok i możliwie najlepiej wykorzystać trzydniowy urlop – wszak takie okazje nie trafiają się za często. Długi zimowy weekend postanowiliśmy spędzić w Pieninach, które swym pięknem urzekły nas podczas zeszłorocznej wizyty w Szczawnicy,  a ,,hołd” trzem królom oddaliśmy zdobywając dla nich… Trzy Korony. I wszystko się zgadza 🙂 !

Mroźna ekspedycja

Opatuleni we wszystkie dostępne w szafkach szaliki, czapki, rękawiczki oraz w potrójną warstwę  kalesonów, ruszyliśmy dzielnie stawić czoła 20-stopniowym mrozom.

Zapowiadaną nagrodą miało być styczniowe słońce i bezchmurne niebo oznaczające piękne górskie widoki. Wyszliśmy z Krościenka nad Dunajcem i podążyliśmy żółtym szlakiem.

Śnieg skrzypiał pod nogami, a dziewiczy jeszcze puch mienił się jakby udekorowany diamentowymi drobinkami.

W cichym i pustym lesie towarzystwa dotrzymywały nam jedynie żarłoczne sikorki, skrzętnie wyjadające resztki buczynowych orzeszków.

Żółciutkie brzuszki na tle mroźno niebieskiego nieba i idealnie białego śniegu stanowiły wesoły, ocieplający akcencik w pienińskiej krainie mrozu.

Nam udało się uchwycić sikorkę bogatkę i modraszkę- wiecie która jest która?

Pienińskie zamczysko

Na rozwidleniu szlaków odbiliśmy w ten niebieski, aby przejść koło ruin zamku Pieniny.

Zamek ten ma charakter refugialny, a więc bardziej niż dumną warownią miał być miejscem schronienia- ukrytym i trudno dostępnym. Szacuje się, że obiekt powstał na początku XIII wieku, co czyniłoby go jednym z najstarszych zamków w Małopolsce. Według podań Jana Długosza, w obawie przed najazdem tatarskim schroniła się w nim św. Kinga wraz z zakonem klarysek.

Rzekomo od najazdu zamku miał powstrzymać Tatarów lęk przed Bogiem (jakoś w innych przypadkach tego lęku nie przejawiali…), można jednak przypuszczać, że atak odpuszczono ze względu na trudną dostępność zamku, niewielkie znaczenie strategiczne i niską wartość potencjalnych łupów.

Murów po zamku zostało niewiele, bo właściwie rozebrano sporą ich część już ok. XV wieku. W XIX wieku odkryto je ponownie i stały się natchnieniem dla romantyków. Na początku XX wieku na terenie zamku istniała drewniana pustelnia, jednak po jej zniszczeniu w 1949 władze Pienińskiego Parku Narodowego nie zdecydowały się na odbudowę. Zamiast tego na terenie kontynuowano badania naukowe, a ostatnio przystosowano obiekt do zwiedzania. Warto więc nadłożyć drogi i zobaczyć te przytulone do skały ruiny, które rzeczywiście w swoim czasie musiały być częścią niedostępnej warowni.

Od zamku do klejnotu Pienin, Trzech Koron, dzieliło nas raptem 30 minut marszu. Co prawda miejscami szlak był dość zdradliwy, szczególnie ze względu na niezwykle śliskie kamienie, jednak drogę pokonywaliśmy z szerokim, na tyle na ile to możliwe przy 20-stopniowym mrozie, uśmiechem, szykując się na zapierające dech w piersiach widoki.

Unikalne Trzy Korony

Masyw Trzech Koron to nie tylko najwyższe wzniesienie Pienin Środkowych, ale też miejsce występowania niezwykle rzadkich gatunków fauny i flory- stwierdzono, że na samym tylko zboczu Trzech Koron można znaleźć 7 gatunków nie występujących nigdzie poza nim! To sprawka unikatowego środowiska- wysokości, wapiennych skał i różnorodności środowiskowej.

Widoku z Trzech Koron nie trzeba chyba zachwalać… Było absolutnie magicznie

Kolejna niespodzianka czekała na nas w drodze do schroniska Trzy Korony, na przełęczy Szopka/Chwała Bogu. Jest to miejsce z którego, przy dobrej pogodzie, idealnie widać Tatry.

Mimo kosmicznie niskiej temperatury cierpliwie czekaliśmy aż zachodzące słońce schowa się za szczytami i oświetli najpiękniejsze tatrzańskie szczyty… Oceńcie, czy warto było zmarznąć…?

Schronisko z nowoczesnym pazurem

Z ulgą dotarliśmy do schroniska Trzy Korony, które bardzo pozytywnie nas zaskoczyło. Świeżo wyremontowane wyglądało bardziej na hotelik niż schronisko, nie tracąc jednak przy tym fajnej górskiej atmosfery i pozytywnie zakręconych górami gości. Przy grzanym winie, pysznym pstrągu i planszówkach regenerowaliśmy siły po mroźnym spacerze.

Po takim miłym wieczorze ciężko było wyjść z powrotem na ziąb, jednak nasz nieustraszony fotograf wykazał się niesamowitym hartem ducha i uchwycił Trzy Korony oraz schronisko w nocnej szacie. Gwiazdy, wszędzie gwiazdy!

Mroźna wycieczka zakończyła się pełnym sukcesem- oprócz niesamowitych wspomnień i kadrów, udało się nam odwiedzić kolejny polski park narodowy oraz zdobyć jego symbol – Trzy Korony. To chyba zapowiedź bardzo dobrego nowego roku, nieprawdaż?

 

Podobał Wam się wpis? Zainspirowaliśmy? A może macie inne opinie? Koniecznie dajcie znać w komentarzach, to dla nas bardzo ważne!