Mennonici – zapomnieni holenderscy osadnicy, których sprowadzono w okolice Żuław, aby pomogli rozwinąć rolnictwo na podmokłych i często zalewanych terenach. Tyle historycznych definicji, ale jak naprawdę wyglądało życie pierwszych holenderskich osadników? Jak przysłużyli się regionowi? Jakie technologie zaszczepili na tych terenach? Co po nich pozostało? Takie pytania zadawaliśmy sobie, zmierzając w stronę Żuław Gdańskich.

Tematy związane z przenikaniem się różnych kultur na obecnych terenach Polski interesowały nas zawsze, tym razem była okazja poszukać ich w niespenetrowanym jeszcze terenie – na Żuławach Wiślanych. Przy okazji mogliśmy sprawdzić rowerowy Szlak Mennonitów i przetestować weekendową trasę rowerową. Gotowi?

Rowerowy weekend po Żuławach: Gdańsk – Wiślina – Wróblewo – Cedry Wielkie – Kiezmark – Stegny – Nowy Dwór Gdański – Malbork

Trasę najłatwiej rozpocząć w Gdańsku, dokąd bez problemu dojedzie się z rowerem z każdego właściwie zakątka Polski. Po opuszczeniu miasta zaczyna się prawdziwie rolniczy krajobraz, który na wiosnę cieszy oczy żółcią rzepaku, a w lato złocistymi odcieniami zbóż.

My trafiliśmy na okres przejściowy, charakteryzujący się kontrastem czerwieni maków z zielonym jeszcze zbożem – również przyjemny widok! Jechaliśmy więc wzdłuż cieków, wałów i pól, aby zatrzymać się na pierwszym przystanku- we Wróblewie natknęliśmy się na uroczy drewniany kościółek szachulcowy, malutką perełkę położoną nad cieniutką jeszcze nitką Motławy.Następnie poruszając się czarnym szlakiem, dotarliśmy do kościoła w Koszwałach. Warto obejść świątynię, bo na jej zewnętrznych ścianach umieszczono potężne nagrobne płyty z XVII i XVIII wieku, odkryte przy okazji renowacji zabytkowego obiektu w 1998 roku.

Ich rozmiary i precyzja zdobienia świadczą o zamożności lokalnych elit- według naukowców można stwierdzić, że byli to ludzie równie bogaci co średnio zamożni mieszczanie w Gdańsku. Ciekawostką jest, że zamiast herbów rodowych znakowano płyty ,,gmerkami”, ale o tym jeszcze wspomnimy :).

Co to jest dom podcieniowy, czyli jak mieszkało się na Żuławach

Niedaleko od Koszwał, w miejscowości Trutniowe, znaleźliśmy jeden z najstarszych domów podcieniowych w okolicy. Właśnie trwa tam remont, dzięki któremu uda się zachować bezcenną bryłę obiektu, traktowaną do tej pory trochę po macoszemu. Podczas oglądania tych ciekawych konstrukcji warto zwrócić uwagę na liczbę słupów, na których opiera się podcień – wystająca część domu. Ta liczba świadczy o zamożności właściciela – każdy słup odpowiada jednej mierze ziemi (jeden słup to ok 18ha ziemi).

Choć domy podcieniowe zwykło się określać mianem ,,mennonickich”, warto wiedzieć, że ten typ zabudowań istniał na Żuławach już od około średniowiecza, a przybyli w późniejszych wiekach osadnicy holenderscy często przyjmowali ten wzorzec.

Cedry Wielkie- z wizytą w domu podcieniowym

Dopiero w Cedrach Wielkich mieliśmy jednak okazję przekonać się, jak od środka może wyglądać taki uratowany dom.

Udało nam się akurat trafić na imprezę promującą dziedzictwo kulturowe Żuław- w ramach wydarzenia przygotowanego przez lokalne Stowarzyszenie ,,Żuławy Gdańskie” posłuchaliśmy koncertu w domu podcieniowym, przyjrzeliśmy się zebranej ekspozycji i zjedliśmy pokrzepiający posiłek (domowe klinki z kapustą to jest to!). Bardzo to była miła niespodzianka, szczególnie gdy dorzucić do tego pokaz starych rzemiosł i możliwość rozwinięcia możliwości manualnych w robótkach ręcznych.

Sporo dowiedzieliśmy się o mennonitach i ich potomkach, takie lokalne imprezy naprawdę mają sens! Zainteresowani tematem? Mamy dobrą wiadomość- Szlak Domów Podcieniowych pozwala przyjrzeć się najważniejszym zabytkom architektonicznym Żuław Gdańskich, sprawdźcie więcej szczegółów.

Ostatni ślad po krainie wiatraków- koźlak w Drewnicy

Następnie przez Kiezmark (nie przegapcie potężnego kościoła szachulcowego!) dopedałowaliśmy do Żuławek, gdzie urzekły nas kolejne drewniane domy (czy ci ludzie zdają sobie sprawę z tego, jak pięknie mieszkają?).

Stamtąd rzut beretem dzielił nas do Drewnicy, wioski przypominającej niewielki skansen. Pośród uroczych chatek ciężko dostrzec korpus starego drewnianego wiatraka (najstarszego na całym Pobrzeżu!), schowanego z dala od głównej drogi. Ta okolica słynęła z całych szeregów wiatraków, jeszcze kilkadziesiąt lat temu stało ich kilka.

Z powodzeniem można było otworzyć tam wtedy jakiś park etnograficzny czy skansen- niestety, upływ czasu i głupota ludzi doprowadziły do zniszczenia obiektów, pozostawiając na miejscu jedynie samotny pociemniały korpus wiatraka koźlaka z charakterystycznym dachem w kształcie odwróconej łodzi. Już nawet skrzydła zdążyły odpaść z biegiem lat… Pozostaje mieć tylko nadzieję, że doczeka się lepszych czasów i odzyska kiedyś swój dawny wygląd- ku uciesze turystów.

Morza szum, ptaków śpiew…, czyli pedałując nad morze

Słońce powoli obniżało swoją wędrówkę po nieboskłonie, a my ostatkiem sił (ech, trzeba popracować nad nogami!) jechaliśmy w kierunku morza, obierając za cel miejscowość Stegny.

Mijaliśmy kolejne łąki i pasące się na nich beztrosko krowy, raz czy drugi wjechaliśmy nawet przypadkiem na czyjeś pole, jednak nie w głowie było nam podziwianie płaskich żuławskich krajobrazów.

Owszem, widoki były niczym z flamandzkiego landszaftu- bydło, zboża, kanały i chylące się nad nimi wierzby, ba!, nawet kolor nieba zgadzał się z tym uwiecznionymi przez najsłynniejszych niderlandzkich artystów.

My jednak oczami wyobraźni widzieliśmy tylko jeden obraz: morze. To naprawdę niesamowite jak bardzo nakręcało nas ono do dalszej jazdy. Morze ma swój niepowtarzalny klimat- wspomnienia marznących w piasku stóp, smak gofrów z frużeliną, na które ma się ochotę tylko tam, charakterystyczny zapach wodorostów i butwiejących lin. Tak więc gdy już dojechaliśmy do Stegny i przeszliśmy się lasem nad samą plażę, w końcu poczuliśmy satysfakcję z pokonanej tego dnia trasy.

Nie mogliśmy się powstrzymać i następnego dnia przed samym wyjazdem zajrzeliśmy na plażę raz jeszcze. W świetle porannego słońca rybacy porządkowali łodzie po porannym połowie i sprzedawali zdobyty o świcie towar. Po plaży błąkali się nieliczni imprezowicze, poza nimi nie było właściwie nikogo. Cóż za widok o poranku!

Żuławska kolejka wąskotorowa- ostatnia pamiątka po przemysłowej historii

Naładowani pozytywną motywacją wyruszyliśmy w kierunku Rybiny, zatrzymując się jednak najpierw w ciekawym kościółku w Stegnie.

Charakterystyczna szachulcowa fasada przykuwa uwagę, warto jednak zajrzeć również do środka- nad wejściem do kościoła wisi największy model okrętu w Polsce. A tuż przed kościołem, jak gdyby nigdy nic, harcowały trzy młode zające. Aparat ledwo nadążał za ich błyskawicznymi ruchami…

Do Rybiny prowadziła prosta asfaltowa droga po obstawionym rzędami wierzb polderze. W niedzielny poranek była raczej spokojna, ale o innej porze trzeba liczyć się z ruchem samochodów jadących do Nowego Dworu Gdańskiego.

Rybiny to niewielka wioseczka, mimo to warto w niej zwolnić i przyjrzeć się dwóm historycznym mostom zwodzonym- w tym jednemu kolejowemu. Ten ostatni, zbudowany w 1905, w trakcie sezony turystycznego zamyka się i otwiera dwa razy dziennie, gdy kursuje po nim pociąg Żuławskiej Kolei Dojazdowej. Jest to ostatnie tchnienie niegdyś całkiem gęstej sieci pospiesznej kolejki wąskotorowej, która dowoziła z Gdańska i Malborka nad samo morze.

Żelichów- prawosławna cerkiew z ewangelickim cmentarzem

Z Rybiny pojechaliśmy do Tujska, aby za kościołem ,,przesiąść się” na drogę wzdłuż rzeki Tugi (polecamy zamiast pchania się trasą 502), którą błyskawicznie dojechaliśmy do Żelichowa-Cyganka. Tu czekają aż trzy ciekawe obiekty. Pierwszy to cmentarz jedenastu wsi, czyli lapidarium sztuki cmentarnej. W tym miejscu był kiedyś cmentarz społeczności mennonickiej, który wspólnymi siłami utrzymywali sołtysi 11 wsi właśnie.

Niestety obiekt zniszczono, choć sporą część nagrobków znaleziono na sąsiedniej posesji. Na nagrobkach umieszczano tylko najprostsze informacje: rok śmierci, inicjały oraz gmerk- rodzaj znaku geometrycznego przypisanego do danego mennonickiego gospodarstwa, coś jakby bardzo uproszczony ,,herb”. Formy nagrobków były bardzo różne, z niezwykle bogatą symboliką, widoczną jeszcze na niektórych grobach- szerzej pisaliśmy o tym przy okazji tekstu o cmentarzu mennonickim w Stogach Malborskich.

Po sąsiedzku z cmentarzem znajduje się drugi warty zobaczenia obiekt – Mały Holender. To uratowany przed zniszczeniem dom podcieniowy przerobiony na przytulną agroturystykę. Zawiaduje nim bardzo aktywny w regionie znawca kultury mennonickiej, pan Marek Opitz, który przewodzi fundacji promującej dziedzictwo okolic Nowego Dworu Gdańskiego. Warto sprawdzać ofertę Małego Holendra, który oprócz noclegu proponuje również najróżniejsze warsztaty kultury mennonickiej.

Trzecim godnym uwagi miejscem jest kościół grekokatolicki św. Mikołaja. Skąd grekokatolicy na Pomorzu, wśród mennonickich nagrobków? Ich obecność jest wynikiem przesiedleń w ramach Akcji Wisła- w 1947 przeniesiono na te tereny ponad setkę ukraińskich grekokatolickich rodzin. Choć liczba parafian z roku na rok spada, w trakcie nabożeństwa cerkiew była tak pełna, jak żadna z jej ,,sióstr” w Beskidzie Niskim.Warto więc zrobić postój w Cyganku na drodze do Nowego Dworu Gdańskiego, a potem przez Żelichów, boczną drogą, dojechać do stolicy Żuław Wiślanych.

Nowy Dwór Gdański- odrodzenie smaków Żuław

W Nowym Dworze Gdańskim zatrzymaliśmy się w dwóch miejscach- najpierw na szybki posiłek w restauracji Joker, następnie zaś podjechaliśmy do Żuławskiego Parku Historycznego, oba możemy szczerze polecić. Jokera za to, że w menu próbuje przypominać zakurzone już nieco lokalne smaki- chociażby roladki z wędzonego półgęska podawane z serem Werder Kaese.

Sposób produkowania tego ostatniego odtworzono na podstawie źródeł zachowanych po dawnych mieszkańcach tych ziem. Słyszeliśmy również o lokalnej wódce na bazie jałowca podawanej z suszoną śliwką, którą można wypić tylko w tamtych okolicach. Miło, że pojawia się zainteresowanie starymi recepturami, np w ramach mennonickiego szlaku kulinarnego.

Z kolei w Żuławskim Parku Historycznym dane nam było usystematyzować sobie zdobytą na trasie wiedzę na temat Mennonitów i zanurzyć się w fascynujący świat polsko-niderlandzkich wątków. Temat na tyle ciekawy, że poświęcimy mu osobny artykuł- tymczasem, jedziemy dalej!

Ledwie wyjechaliśmy z Nowego Dworu, znów natrafiliśmy na ogromny dom podcieniowy w Orłowie i ponownie mieliśmy szczęście- wpuszczono nas do środka. Dom nabyła para pasjonatów, którzy w ostatniej chwili uratowali go przed totalną ruiną. Wspierany na kolumnach front niebezpiecznie pochylał się na bok, a przepróchniało drzewo zagrażało stabilności konstrukcji.

Szczęśliwym nabywcom budynku udało się w porę przeprowadzić prace zabezpieczające, powoli kończą też urządzanie wnętrza obiektu. Część ogromnego domu będzie przeznaczona na wystawę historyczną, słyszeliśmy też o nieśmiałym marzeniu stworzenia serowarni. Brzmi doskonale, szczególnie jeśli uda się odtworzyć w niej stare lokalne receptury. Mniam!

Wizyta w tym miejscu wspaniale otworzyła nam oczy- zafascynowani słuchaliśmy o wysiłkach renowacji obiektu, o zapomnianych endemicznych gatunkach grusz, które zidentyfikowano na terenie posesji, o wielkich rolniczych przedsiębiorstwach rozwijających okolicę oraz o tym, że jeszcze do niedawna 300-letni dom można było nabyć za bezcen. Szczęśliwie powoli zaczyna się doceniać wartość architektoniczną i kulturową tego niezwykłego żuławskiego dziedzictwa, co daje nadzieję, że uda uratować się materialne pamiątki i pamięć o ich dawnych właścicielach.

Od Lubieszewa do Stawca dzieliło nas raptem kilka minut pedałowania. W Stawcu w całkiem niezłym stanie zachował się cmentarz z XVIII wieku z licznymi płytami nagrobnymi oraz stellami. Może nie jest tak duży, jak opisywany przez nas cmentarz w Stogach Malborskich, ale zdecydowanie warty uwzględniena na trasie.

W tym miejscu niestety dopadły nas nieładne deszczowe chmury, z którymi skutecznie ścigaliśmy się do tamtej pory. Ściana deszczu na płaskiej żuławskiej drodze pozbawionej jakichkolwiek drzew poza nieśmiałym szpalerem wierzb to przyjemność umiarkowana, ale wliczona w podróżowanie w tej szerokości geograficznej. Staraliśmy się nie zastanawiać nad tym, czy jesteśmy mokrzy tylko trochę czy już totalnie- podeszliśmy do tego jak najbardziej profesjonalnie mogliśmy (no może poza kilkoma mało cenzuralnymi słowami, których wszakże nikt nie słyszał, bo i kto by się włóczył po polach w taką pogodę) i dzielnie pedałowaliśmy w stronę Nowego Stawu. Oczywiście gdy tylko dojechaliśmy do cywilizacji, teoretycznie oferującej jakieś schronienie, deszcz ustał, a zza chmur nieśmiało zaczęły przebijać się promienie słońca. Korzystając z tego okna pogodowego, bez zbędnej zwłoki przemieszczaliśmy się w stronę Malborka, aby tam, na mecie naszej wycieczki, odetchnąć, ogrzać się i pokrzepić iście rycerską porcją obiadu.

Wrażenia z weekendu

Jak najbardziej pozytywne! To przepiękna kraina z masą interesujących zabytków- właściwie w co drugiej miejscowości można się zatrzymać i zobaczyć coś ciekawego. Do tego urokliwe oraz unikalne w Polsce landszafty i bliskość morza (<3), czego chcieć więcej!

Dla kogo taka wycieczka?

O tym, że Żuławy są płaskie jak stół chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Dodając do tego fakt, że większość opisanych powyżej tras to mało ruchliwe lokalne wyasfaltowane drogi, otrzymujemy idealny pomysł na spokojny rodzinny wypad. W takich warunkach bez większego problemu da się pociągnąć przyczepkę z dzieckiem albo popedałować na obciążonym sakwami rowerze. Przy odpowiednim dostosowaniu długości przejazdu nawet niezbyt zaprawiony rowerzysta będzie czerpał radość z rowerowej eskapady. Dzięki sporej liczbie ciekawych zabytków nie ma mowy o nudzie, a w przeciwieństwie do mniej zaludnionych okolic, bez problemu znajdzie się sklep, knajpkę czy noclegu.

Rowerowy Szlak Mennonitów- nasze odczucia

Rowerowy Szlak Mennonitów to jedna z propozycji pomorskiej organizacji turystycznej, skupiająca się na pokazaniu piękna antropogenicznego, a więc przekształconego przez człowieka, krajobrazu. Szlak łączy olęderskie wsie, przebiegając przez miejscowości, w których zachowały się jeszcze zabytkowe drewniane zabudowania i imponujące gotyckie kościoły. Tam, gdzie udało nam się znaleźć szlak, oznaczony był on bardzo dobrze i prowadził bezpieczną trasą.  Niestety, szczerze mówiąc, był osią na raptem kilka godzin wycieczki. Za Kiezmarkiem właściwie się urwał i dalej jechaliśmy posiłkując się naszymi mapami. Szczęśliwie drogi między niedużymi miejscowościami nie są przesadnie ruch like, więc bez obaw można się po nich poruszać. Należy być jednak na taką ewentualność przygotowanym i oznaczyć sobie zawczasu na mapie interesujące miejsca. Żuławy naprawdę są doskonałe do turystyki rowerowej i aż szkoda, że w pełni nie wykorzystuje się tego potencjału. Z drugiej strony dzięki temu każdy może zaprojektować swoją trasę lub podążyć za naszymi sugestiami- a tych standardowo mamy sporo. Życzymy udanej wycieczki!

Naszym zdaniem potencjał Żuław nie został dotychczas należycie wykorzystany. Z jednej strony Szlak Mennonitów promowany jest na portalu Pomorskie Travel jako jedna z perełek Pomorza, z drugiej strony widać jednak, że brakuje nie tylko współpracy, ale i wizji wykorzystania turystycznego potencjału Żuław na przestrzeni kilku powiatów. Jak już wspomnieliśmy, w miarę dobrze poprowadzona i oznakowana trasa wytyczona była na odcinku z Gdańska do Wisły. Po drugiej stronie rzeki sytuacja wygląda już mniej ciekawie, choć ze względu na mały ruch jest przynajmniej spokojnie.

Szczęśliwie równolegle widać rosnącą świadomość wśród wielu mieszkańców i samorządowców Żuław, którzy nie tylko ratują te niezwykłe obiekty, ale i organizują tak wspaniałe wydarzenia jak odwiedzone przez nas Dni Żuław.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Post comment